Kapitan Bongo – Odmęt [2018]

Jeśli miałbym jednym słowem opisać Odmęt, najnowsze wydawnictwo Kapitana Bongo, to byłyby to EMOCJE. Trzecia płytka chłopaków z Warszawy została wydana w wrześniu ubiegłego roku i nie zdobyła większego sukcesu w środowisku. Prawdopodobnie, spowodowane było to nagłym rozpadem zespołu. Inną przyczyną może być bardziej eksperymentalny charakter albumu, w stosunku do raczej przyjemnie płynącego Skibi.  Czwórka zagrała pożegnalny koncert, który był też release party ich płytki, razem z The Re-stoned w Warszawie. Dziś, prawie rok od premiery, uważam, że płytka zasługuje na dużo większy rozgłos niż dostała. Stąd i moja recenzja.

Krzyki otwierające Odmęt zawierają w sobie zarazem masę smutku i gniewu. Gdy pierwszy raz je usłyszałem, to trafiły mnie gdzieś tam, gdzie nic mnie dawno nie trafiło. Było to bardzo pierwotne przeżycie, tak jak i cały ten utwór. Bowiem pierwszy kawałek pełen jest black metalowych spazmów i wokali stojących koło Hardcoru. Gdy przebrniemy już przez jego gęstą mieszaninę riffów i gruzu, to odkryjemy jego późniejszą, grooviącą naturę. 

Dalej na sonicznej ścieżce płytki znajduje się Klątwa Mamuta. Mam wrażenie, że chłopaki chcieli stworzyć coś podobnego do Knura z Skibi. Oba utwory mają bardzo piosenkowy charakter. Klątwa, jest najłatwiej strawnym kawałkiem z całej płyty, przynajmniej dla przeciętnego stonerowego ucha. Jest to spowodowane dużą ilością przepięknych harmonii wokalnych jak i schematyczną strukturą. Bizon (wokal, gitara) i Jacek (wokal, bas) zdecydowanie przyłożyli się do swojej roboty i to znakomicie. Te zawiłe linie wokalne (za które ich pokochałem) będą towarzyszyły nam już do końca płyty.

Bezdech rozpoczyna sagę trzech, ponad 13-minutowych podróży. W każdej z nich Bizon popisał się znakomitymi umiejętnościami tekstopisarskimi w które wpisuje się gra emocji. Teksty śpiewane są w naszym ojczystym języku, co uważam za znakomity atut. Są one bowiem niczym przewodnik na wycieczce poprzez naszą świadomość i wyobraźnię. Tekst i muzyka w Bezdechu tworzy spójną całość zabierającą nas w podróż przez umysł człowieka, który postradał zmysły na oceanie. Wyrafinowany sposób użycia języka polskiego w tekście kolejny raz udowadnia, że Kapitan Bongo potrafi zamieść i przenieść słuchacza, tym razem w przejrzystą toń. Na samo dno.

Bagno to pięknie wolny sludge. Otwiera go potężny riff, i jak bagienny Cthulhu budzi się ze snu i kroczy ku zniszczeniu. Mniejszą ilość wokalu kawałek nadrabia dobrą budową i dużą ilością psychodelicznych efektów w tle. Gdy po pauzie i ciężkich do zniesienia, intencjonalnych fałszach wchodzi riff z wokalem, człowiek czuję jakby zapadał się w głąb siebie. W swoje własne bagno.

Czas, to (u)twór, który zamyka płytkę oraz nasze życia. Swoją Interpretację tego utworu zostawię dla siebie, ale powiem tylko tyle, że tekst jest mi bardzo bliski, zwłaszcza siedząc poza granicami kraju. Zdecydowanie mój faworyt na płycie. 
Odmęt to bardzo silna emocjonalna podróż ubrana w momentami obrzydliwe sludgowe riffska, a momentami w smutne soniczno-kosmiczne przestrzenie. Ten album polecam wszystkim, którzy zaczynają swoją przygodę z Kapitanem Bongo jednak zachęcam również do odsłuchania Skibi, jako bardziej kosmicznego i przystępnego kapitana.

– Cebula