Elder – Gold & Silver Sessions [2019]
3 kwietnia, 2020

Psychodeliczno-stonerowo-krautowo-progresywno-postowo-doom’owy Elder, to zespół nie lubiący się szufladkować. W 2017 roku w wywiadzie dla Soulstone Gathering frontman Nick DiSalvo stwierdził, że nie raz ciężko mu jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie ‘co grają?’, więc zazwyczaj po prostu odpowiada, że rocka. To po prostu rock’n’roll. Ja się pod tą filozofią podpisuję obiema rękami. Ponieważ szufladki są dokładnie tym, czym są. Ograniczoną przestrzenią. A przecież nie o to w rock’n’rollu chodzi. Prawda?

Czym w takim razie jest ich najnowsza EP’ka The Gold & Silver Sessions, wydana pod skrzydłami BLUES FUNERAL RECORDINGS? Zdecydowanie łatwiej jest zacząć od tego, czym ona nie jest. Jeżeli podchodzisz do tego wydawnictwa spodziewając się tego samego co na pełno grających materiałach zespołu, czyli miażdżących riffów, dynamicznych przejść i nieprzerwanej kakofonii – kawalkady, intensywnych melodii zlewających się harmonicznie ze sobą i zmieniających kierunek co 15 sekund, to się Drogi Czytelniku zawiedziesz. The Gold & Silver Sessions zdecydowanie bliżej do pobocznego projektu frontmana znanego jako Gold and Silver, który w 2014 wydał EP o tytule Azurite and Malachite, lub do interludium Sonntag z poprzedniej płyty Reflections of a Floating World, niźli do Eldera samego w sobie. Tak też właśnie traktowałbym to dzieło. Jako ‘napisaliśmy i nagraliśmy coś takiego i nam się podoba, ale nie pasuje to do konwencji Eldera, a nie  nam się już bawić w poboczne projekty, więc wydajemy to jako EP’kę pomiędzy flagowymi albumami’. Według mnie to dobre podejście, daje muzykom przestrzeń do eksperymentowania, nie zawodząc jednocześnie fanów, którzy skorzy byliby stwierdzić, że ‘to już nie ten sam Elder’.

Najbardziej zauważalnym odstępstwem od normy jest brak wokalu. Nick nie śpiewa tutaj wcale, co dla wielu z pewnością będzie dużym plusem. Zamiast tego, w przeciwieństwie do poprzednich albumów, instrumentalizacja w postaci klawiszy gra znacznie ważniejszą rolę, zupełnie jakby nieobecne partie wokalne pozostawiły więcej miejsca w kompozycji i produkcji na dodatkowe instrumenty. W kwestii kompozycji… Jak już wspomniałem, to nie jest typowy album Elder. Utwory są tutaj zdecydowanie bardziej jam’owe, płynne, przestrzenne i klimatyczne.  O ile Reflections przedstawiało bardzo chaotyczny krajobraz stargany sztormem, wichurą, powodziami, prądami morskimi i wilczą zamiecią, o tyle Sessions maluje znacznie spokojniejszy pejzaż krainy, w której żywioły już dawno się uspokoiły, słońce ciepłem karmi swoich podopiecznych, a natura z wolna puszcza nowe pędy i pieczołowicie rozwija swe liście, by dopiero pod koniec wielobarwnie rozkwitnąć.  Każdy z trzech relatywnie długich kawałków stopniowo, cierpliwie i konsekwentnie buduje tutaj w iście krautowskim stylu klimat i napięcie, ale też rytm i groove, ujeżdżając je aż do samego końca, dodając tu i ówdzie nowych smaczków i odcieni, aby pod koniec wyrzucić wszystkie znaki stopu i ograniczenia prędkości, eksplodując nieograniczonym już potencjałem. Nie zrozumcie mnie źle, są tutaj riffy i jest też ciężar. Po prostu trzeba na nie poczekać, pozwolić muzykom je zbudować, być świadkiem procesu ich powstawania. To zdecydowanie album dla cierpliwych, lecz cierpliwość ta, w odróżnieniu od wielu innych składów w gatunku, nie polega na wałkowaniu tych samych trzech patentów przez 10 minut by na koniec jeszcze pozostawić niedosyt. Przyrównać tą EP’kę można do flirtownej podlotki która podbiega, zachęca, i ucieka patrząc czy będziesz gonić. Elder gmera i bawi się tym samym patentem na różne sposoby, by ostatecznie pokazać go w pełnej krasie.

Otwierające Illusory Motion jest tego świetnym przykładem. Błogie siedem i pół minuty plumkania, pląsania i starannie żłobionego groove’u zrównoważone jest ponad dwoma minutami czystego i znanego z poprzednich płyt szaleństwa. Klawisze odpoczywają na ławce rezerwowych, gitara zaczyna wyć, a talerze błagają o litość. To chyba najbardziej ‘elderowy’ moment na tym krążku, nie licząc zamknięcia płyty. Kolejny, najkrótszy kawałek Im Morgengrauen już od samego początku przywodzi na myśl Pink Floyd (co akurat nie jest dla zespołu nowością). Tym razem na ławce nie siedzi nikt, a muzyka przypomina bardziej napływające i odpływające fale na skraju plaży, niż spokojną taflę zwieńczoną potężną falą, w przeciwieństwie do poprzednika. Prosta lecz chwytliwa melodia grana z początku tylko na klawiszach prowadzi słuchacza przez wzloty i upadki na całej długości trwania utworu. Jest on też zdecydowanie bardziej żywy, dynamiczny i wielowarstwowy, a nieco eteryczne outro przywodzące na myśl dźwięk spod wody lub zza ściany jest całkiem przydatną chwilą oddechu (lub jego braku) przed ostatnim, ponad dwudziestominutowym kolosem. Weißensee to kompozycja, która kojarzyć się może na przykład z Euphorie Tide od Causa Sui lub czymkolwiek ze stajni El Paraiso Records, co w tym wypadku jest bardzo dużym komplementem. Znów, mamy tutaj jamming, tym razem chwilami niepokojący, lecz chwytliwy, bujający lekko niczym pendulum, upstrokacony tu i tam pojawiającymi się i znikającymi efektami i frazami. Tych, którzy dali się uśpić tym hipnotycznym brzmieniom czeka intensywna pobudka. Eksplozywny finisz krążka nie pozostawi fanom klasycznego Eldera wiele do życzenia. Mamy tutaj wszystko to, z czego zespół jest znany lub czego możnaby się spodziewać na wspomnianym już wcześniej Reflections, spakowane w jedną potężną sekcję kulminacyjną. Brzdękanie gitary ustępuje na chwilę katedralnemu zawodzeniu czegoś co przypomina organy, które zwiastują ‘oj, zaraz będzie się działo’. I dzieje się. Sprawdźcie sami, jeżeli nie wierzycie.

Czy poleciłbym The Gold & Silver Sessions fanom Elder? Zdecydowanie tak, znajdą tutaj to za co polubili zespół, lecz w kompletnie innej formie. Czy poleciłbym tym, którzy do tej pory zespołu nie lubili? Również tak. Materiał na tyle odstaje od reszty, że pozwala spojrzeć na twórczość kwintetu z zupełnie innej strony. Czy EP’ka będzie dla zespołu tym, czym Spires Burn/Release dla Dead Roots Stirring i Lore, czyli etapem przejściowym między jednym kierunkiem stylistycznym a drugim? Czy sygnalizuję zmiany w klimacie kolejnego LP? Te pytania będą musiały poczekać do 2020, ponieważ zespół już poinformował, że właśnie wtedy planuje wydać kolejny pełno grający album. Pozostaje czekać cierpliwie. Ja z pewnością będę.

Wracając do szufladek, do jednej z nich Elder wrzuciłbym bez mrugnięcia okiem, a napisane jest na niej ‘progresywa’. Nie dlatego, że utwory są progresywne, lecz dlatego, że zespół jest. Każdy kolejny krążek bierze to, co było dobre w poprzednim i rozwija je o kolejne elementy, nie odrzucając tego co sprawdzone, lecz zapobiegają nudzie i motywując postęp. Inaczej progress. I o to chodzi.