King Gizzard & The Lizard Wizard – Infest The Rats’ Nest [2019]

King Gizzard & The Lizard Wizard to jeden z tych zespołów, których nie da się osadzić w jednym konkretnym gatunku. Członkowie przyzwyczaili swoich fanów do ciągłych eksperymentów brzmieniowych, gatunkowych i koncepcyjnych. A do tego tworzą skład, który w ciągu dziesięciu lat potrafił wypuścić aż 15 długogrających albumów ocierających się o olbrzymią ilość podgatunków gitarowego grania. Mieliśmy przecież zarówno albumy psychodeliczne, progresywne, garage rockowe jak i te inspirowane jazzem, surf rockiem, folkiem czy heavy metalem. Co tym razem wypłynęło z głów antypodowych tytanów?

Infest The Rats’ Nest, wydany przez należącą do zespołu Flightless, jest już drugim albumem wydanym w 2019 roku, a poprzedzał go leciutki boogie-woogie’owy Fishing For Fishies, który działa jak przeciwwaga dla swego następcy. Otóż Gizzowie postanowili wydać album… thrash metalowy. Tak, ciepło brzmiące gitary czy harmonijka ustna zostały wyparte przez agresywną perkusję, potężny przester i chropowate wokale. Normalnie mogłoby to dziwić, ale w końcu mamy do czynienia z zespołem, który w 2017 wydał aż 5(!) albumów, z czego każdy był swego rodzaju niepowtarzalny i w innym koncepcie. Jednak nie ma się co martwić – słysząc Infest The Rats’ Nest wiemy, z kim mamy do czynienia. Słychać tu gdzieniegdzie charakterystyczne noisowo-psychodeliczne wstawki kojarzące się choćby z Murder Of The Universe czy zabawy z nieregularnym rytmem. I właśnie to czyni z tego albumu dzieło lepsze niż niejeden thrashowy długograj, bo brzmi świeżo i fantastycznie.

Zespół co prawda nie odkrywa nowych rewirów ciężkiego grania, a raczej oddaje hołd takim klasykom jak Metallica, Exodus, Motörhead czy Slayer, jednak dodając do tego swój własny pierwiastek, czyni utwory znacznie ciekawszymi aniżeli większość obecnego thrashu. Jest tu sporo riffów opartych o pustą strunę, trytony, przenikliwe i demoniczne solówki gitarowe, a także kilka pokazów umiejętności perkusyjnych. Riffy często kończą się niespodziewanie, albo wchodzą w przeciwfazę z bębnami, co jest interesującym zabiegiem i bardzo powszechnie stosowanym przez australijski septet.

Dlaczego King Gizzard & The Lizard Wizard sięgnęli po tak ekstremalny gatunek? Być może po to, aby muzyka pasowała do słów, jakie zdobią utwory na krążku. Pierwsza połowa albumu opisuje świat zrujnowany przez działania ludzi, dla których jedyną nadzieją jest opuszczenie Ziemi i ucieczka na inną planetę. Pierwszy singiel – Planet B, wydany jeszcze przed premierą Fishing For Fishies, dobitnie wprowadza słuchacza w pesymistyczny, ociężały i mroczny klimat, a powtarzane słowa “There is no planet B” mają przekazać, że jeśli nie zatroszczymy się o nasz dom, może być za późno na ratunek. 

Dalej wcale nie jest kolorowo. Teksty toczy pesymizm i nienawiść, a wszystkiemu towarzyszą posępne pasaże dźwiękowe. O ile większość utworów utrzymana jest w konwencji thrash metalowej, nie brakuje to doomowych, czy stonerowych smaczków, jak chociażby w najdłuższym utworze na płycie, czyli Superbug. Album następnie staje się agresywniejszy, ze względu na narrację. Jego druga połowa opowiada o rebeliantach chcących uciec z Ziemi i udać się na Wenus. Teksty Venusian I oraz II opisują ich desperacką podróż, gdzie do dotarciu na planetę, zostają spaleni w jej atmosferze (utwór Self-Immolate) i trafiają do piekła. Scena ataku na Marsa w celu detronizacji bogatych jest ostatnią na całym albumie i znajduje się w utworze Hell, który ocieka wręcz inspiracjami Slayerem. Jest tu wszystko, czego prawdziwy metalowiec oczekuje od muzyki – narastające napięcie, przerywniki z podwójną stopą perkusji, dysonansowe melodie, które idealnie podsumowują cały album. Ostatnia minuta utworu, a zarazem całego albumu, jest jedną z najbardziej przerażających ze wszystkich. Wszystko jest dopieszczone co do pojedynczego dźwięku, aż do końca. Do smutnego, fatalnego, nie napawającego optymizmem końca – nie tylko albumu, ludzkości. Piekło zostało dokonane.
Infest The Rats’ Nest oceniam bardzo pozytywnie – zarówno jako fan Gizzardów, metalu, czy muzyki po prostu. Pomimo niedługiego czasu trwania album jest zapełniony pomysłami na melodie, riffy, aranżacje, które są surowe, lecz dopracowane. Brakuje mi trochę perkusji w miksie, wydaje się być trochę zbyt płaska. Gitary brzmią jak charakterystyczne thrashowe siekiery, jednak z większą ilością dołów i środka, bas jest zaś bardzo ciepły, co w połączeniu z pozostałymi instrumentami dobrze normalizuje brzmienie całości. King Gizzard & Lizard Wizard ponownie udowodnili, że szufladki gatunkowe to dla nich niepotrzebny koncept i że są na tyle odważni, by poszerzać swe muzyczne dokonania o pomysły w teorii bardzo oddalone od ich macierzystego sposobu grania. Nie poleciłbym tego albumu osobie, która dopiero co poznaje ten zespół, ale wydaje mi się, że tworzy on bardzo interesujący most pomiędzy bardziej typowym (jeśli w ogóle można użyć tego słowa) graniem Gizzów a ciężkim, szybkim i siarczystym metalem.

Łukasz Jamiołkowski