Monolord – No Comfort [2019]

Monolord wyrobił sobie dobre imię wśród fanatyków ciężkiego, mozolnego, wręcz aż monotonnego  grania, stając się coraz bardziej rozpoznawalną marką, która z dumą kontynuuje swoją doomową krucjatę wraz z nadejściem ich najnowszego długograja. Jest to zarazem pierwsza płyta, którą Monolord wydał w Relapse Records, do którego należą takie zespoły jak YOB, Red Fang czy Baroness. Jej premiera miała miejsce 20 września. 

Monolord to jeden z tych kolosów, które wgniatają w ziemię podczas występów na żywo, jednak ciężar ten jest szczególnie trudny do osiągnięcia w studio, dlatego na pierwszy rzut oka, czy raczej ucha, album nie wyróżnia się niczym niesamowitym. To bardzo konkretne, nastawione na riffy granie, a nad riffami jak zwykle unosi się hipnotyczny głos gitarzysty Thomasa V Jägera, dodający do posępnych dźwięków pewnego rodzaju psychodeliczny odchył. Jednakże monotonia wpisana w nazwę zespołu wciąż wiedzie prym, także czy w ogóle warto sięgać po krążek? Nie lepiej włączyć cokolwiek innego z ich repertuaru? Niekoniecznie, płyta nie jest aż tak jednowymiarowa, jakby mógł sugerować pierwszy utwór. Zaczyna się ona asekuracyjnie, riff wodzący The Bastard Son jest generyczny, nieszczególnie ciekawy, przez co przy pierwszym słuchaniu obawiałem się, że im dalej w głąb albumu, tym będzie gorzej. To typowe uczucie, która u mnie ujawnia się przy wielu zespołach, że po 10 minutach słuchania zna się jego wszystkie zagrywki i pomysły. Ale spokojnie, nie wszystko stracone – kolejny numer, tym razem singlowy The Last Leaf to moim zdaniem jeden z najlepszych momentów albumu. Utwór szybko zapada w pamięć, riffy kleją się ze sobą wyśmienicie, a melodia w outro jest piękna, smutna i zaryzykuję stwierdzeniem, że na swój sposób przebojowa. Zresztą w pozostałych utworach to właśnie te wszystkie molowe melodie prowadzące są dla mnie najlepiej skomponowanymi elementami płyty, jak w Larvae, czy w tytułowym No Comfort. Dodają masę emocji, potrafią nadać muzyce pierwiastek ludzki. Plusuje u mnie także Alone Together, które urozmaica płytę innym klimatem kompozycji, troszkę lżejszym, zwiewnym, melancholijnym wręcz. Gitara zdecydowanie „robi tu momentami robotę”, choć niektóre riffy wydają się wymyślone na kolanie. A przecież nie cały stoner/doom musi opierać się na pentatonice, czy dysonansach. Najbardziej nie podoba mi się perkusja – zarówna jej gra, jak i brzmienie. Wydaje się pusta, płaska i totalnie nieurozmaicona. Wystarczyłoby przenieść czasem akcenty perkusji z mocnych części taktu na słabsze, a dynamika utworów poprawiłaby się momentalnie. 

Czy No Comfort to dobra płyta? Ciężko stwierdzić, bo fani sloganu “worship the riff” będą zadowoleni, ale moim zdaniem zabrakło przemyślanych riffów, wprowadzających słuchacza w dany nastrój. Zabrakło urozmaiceń, choć nie wymagam od zespołu stoner doomowego, by zaskakiwał mnie w każdym utworze totalnie nowatorskimi rozwiązaniami. Wydaje mi się, że poprzednia płyta Rust posiadała w sobie więcej ciekawych riffów, dobrze rozwiązanych połączeń ich ciężaru z psychodelicznym wokalem, nie było aż tak widocznego poczucia zlewania się utworów ze sobą. Wydaje mi się jednak, że fani nie zawiedli się – zespół dostarczył materiał, który z pewnością zabrzmi godnie na żywo. Jeśli nie słuchałeś jeszcze Monolorda, ale lubisz takie zespoły jak Lucifer, Windhand, czy Forming The Void, polecam obadać Szwedów, bo na żywo potrafią zmiażdżyć wszystko na swej drodze.

Łukasz Jamiołkowski