Od stoneru do indie-rocka i jazzu, czyli relacja z OFF Festival
3 kwietnia, 2020

Uwaga! Relacja tylko z dwóch dni (więcej nie mogłem być) i tylko z wybranych koncertów (na których byłem).

Od kiedy  na początku roku ogłosili że Om będzie na Desertfeście, chciałem jechać na Desertfesta, potem ogłosili Monster Magnet, i Electric Wizard na Brutalu, chciałem jechać także na Brutala. W końcu ogłosili Electric Wizard i Om na OFFie,  w międzyczasie Monster Magnet odwołali trasę (i występ na Brutalu), zamiast Desertfesta pojechałem na ATW, a zamiast Brutala na OFFa – i w zasadzie nie żałuję.

I choć nie obyło się bez problemów, (jeden kumpel sprzedał bilet w tym samym dniu w którym spytałem się czy jedzie, drugiemu też na ostatnią chwilę coś wypadło) i już myślałem że będę musiał jechać pendolino za pieniądze równowarte połowie ceny karnetu, ale  na szczęście blablacar uratował sprawę. Z drugiej strony, korki na autobahnie niedaleko Częstochowy, a potem nieziemskie kolejki do opaskowania przy polu namiotowym utrudniły trochę start festiwalu, i zamiast zdążyć na Dynasonic (dobre, lekko dziwne ambienty) czy Trio Jazzowe Wojciecha Maseckiego, pierwszy dzień zacząłem koncertem  Perfect Son (granie a’la lata 80’te, które w sumie w większości przegadałem z adminem grupy Pearl Jamowej na fb).  Mieli kilkunastominutową obsuwę (także problemy z transportem) i grali poprawnie, ale jakoś tak, bez polotu. Po kilku piosenkach poszedłem na The Body i  pożałowałem że nie zjawiłem się tam wcześniej. Te ciężkie, siarczyste uderzenia mocy perkusji i gruzowatych gitar wciągnęły mnie momentalnie przez te 10 minut koncertu, a byłem wtedy jeszcze praktycznie trzeźwy. 

Potem była chwila czasu by coś zjeść i przy okazji wypić. Wydawałoby się że oddalona 5 minut drogi od terenu festiwalu Żabka może się do tego celu nadawać idealnie (i piwo, i jedzenie tańsze), jednak była ona tak mikroskopijnych rozmiarów, że wpuszczali do tam ludzi po 3-4 osoby max, także, kolejki do wspomnianego sklepu przewyższały te, które były w strefie gastro na samym feście (a tam z kolei było drogo, i ponoć burgery słabe, tak słyszałem od paru ludzi, sam osobiście nie jadłem, do picia tylko Lech Premium, albo w jednym tylko punkcie, lepsza opcja,  Pilsner Urquell). 

No, ale wracając na teren festiwalu, przy okazji racząc się, w końcu odpowiednim, Żywcem Porterem, wróciłem na koncert Pablopavo na głównej scenie – Perlage. W sumie przyjemna muzyczka, dużo ludzi na scenie, ale w sumie każdy z instrumentów (od gitar, perkusji, przez klawisze, do fletów i dziewczyny, robiącej najlepszą robotę na saksofonie) czekał na swój odpowiednio dobrany moment. Dobrze to było zgrane, choć czasami brakowało mi trochę jakiejś werwy, jakiegoś przebłysku. No, ale cóż, chyba taka muzyka. 

Około godziny później, parędziesiąt metrów dalej, na scenie Leśnej,  grał już pierwszy zespół na który czekałem. The Comet Is Coming. Psychodela grana na z pozoru nie pasującego do siebie instrumentarium (saksofon, syntezatory/klawisze/komputerek i perkusja). Ale jak to grało! Te solówki saksofonowe, ten klimat, ta energia bijąca ze sceny. Było około 21, jeszcze dość widno i ciepło, a ludzi multum i zabawa przednia. Momentami było za dużo elektroniki (gdy saksofonista schodził na chwilę), ale zdarzały się momenty gdzie klawiszowiec grał zsamplowane dźwięki podobne do gitary elektrycznej. Mimo iż akurat oni mieli wiele vinyli w merchu, wszystkie sprzedali.

Durand Jones & The Indicators – główna scena, ładny koncert, ładni ludzie, ładna muzyczka, i ładny klimacik. Aha, i bardzo ładnie grające klawisze. Takie coś, trochę blues, soul i pop z lat 80-tych, ale, bez przesadnego kiczu czy patosu. No i „smooth” wokal, ładnie płynął razem z resztą tej muzy. Nie słuchałem go może za dużo przed OFFem, ale parę kawałków (Smile, Make a Change, Don’t You Know) mi weszło i były na koncercie ładnie zagrane. W ogóle, to było ładne. No i ładne klawisze. Bardzo ładne klawisze.

I oto nadszedł punkt kulminacyjny piątku. Jeden z koncertów życia, a na pewno jeden z najlepszych w tym roku. Om. O matko! Jakie to było perfekcyjne.  Zaczęło się robić późno i ciemno, a ludzi przy scenie leśnej coraz więcej, chociaż udało mi się przebić do pierwszych rzędów. Niemal idealnie o 22.35 na scenie zaczął się ruch trzech postaci, i już wtedy wiedziałem że to będzie dobre. Początkowo zaczęli lekko, jako intro do Gethsemane przypominające trochę jammowane klimaty, ale już po paru chwilach dało się poczuć całym ciałem te uderzenia basu wypływające spod palców mistrza Cisnerosa wzbogacone naprawdę dobrą perkusją i orientalnymi dźwiękami z elektronicznych urządzeń. Następnie, State Of Non-Return, czyli jedna z moich najbardziej ulubionych piosenek ever, w dodatku lekko wydłużona, opartą o solo basu partię (przed wejściem orientalnych wstawek). Po raz kolejny doświadczyłem uczucia „mogę ten umierać”, gdy grali kawałek, a w sumie to utrzymywało się ono do końca koncertu (czyli jeszcze Sinai, Cremation Ghat I & II, Thebes i Meditation is Practice of Death). Zagrali praktycznie prawie całe dwa ostatnie albumy. Pięknie nagłośniony i zagrany koncert do zapamiętania (i wczuwania się) na długo. Niemal przez cały koncert odpłynąłem całkowicie. Z innych ciekawostek, ktoś jebał stoner (słychać było jak krzyczeli), ktoś też palił pewne specyfiki (czuć było jak się dym rozchodził). Poza tym – idealna godzina koncertu i wybór sceny – najbardziej wystawiona na przyrodę, las, w dodatku w ciemności tylko spotęgowało klimat tego koncertu.

Potem, miałem iść na Jarvisa Cockera, ale spotkałem się zupełnie przypadkiem z pewną ekipą z sekcji, i ów wspomniany koncert przepadł w odmętach Lecha Premium i rozmów o kijowości Openera i takich tam innych.

Na koniec – Gaslamp Killer czyli DJ na leśnej. Przyznam ze Spotify miał niektóre naprawdę konkretne piosenki, tak na żywo nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Początkowe paręnaście minut gdzie grał trochę wzmocnione, lekko udziwinione orientalne klimaty, były ciekawe do posłuchania, jednak gdy później zaczął zagłębiać się w bardziej typową elektroniczną sieczkę, odpuściłem. Należy mu się jednak szacunek za charyzmę na scenie. Z energią i gracją przechadzał się po scenie, mając na sobie coraz mniej odzieży wierzchniej, wyginając się przy tym niczym Dave Gahan na koncertach Depeche Mode. No, ale potem poszedłem do namiotu…

…I tak nastał drugi dzień… a wraz z nim kolejne zaskoczenia i rozczarowania. Wpierw pół-godzinna kolejka do pryszniców na polu namiotowym, potem niezwykle miła, parogodzinna pogawędka z ludźmi z sekcji i nie tylko w „integracyjnym punkcie ładowania telefonów”, a potem już dalej koncerty. Na pierwszy ogień poszedł Polmuz, projekt który adaptuje staropolskie piosenki ludowe na coś w rodzaju awangardowego-lub-lekko-eksperymentalnego-jazzu. Mamy tu kontrabas, perkusję, saksofon (a w zasadzie trzy!) i radziecki syntezator polivoks. A to wszystko wydawało różne dźwięki, od momentów podchodzących pod ambient, do totalnej odjechanej jazdy na wielkim saksofonie basowym. Ależ to było dobre!

Potem, z racji braku lepszej alternatywy, poniosło mnie na Tęskno. Można by powiedzieć, że grzeczne, nieśmiałe dziewczynki założyły sobie zespół i śpiewają melancholijne piosenki o codziennym życiu. Nie powiem, słuchało się tego przyjemnie, w szczególności bardzo ładnie zagranych klawiszy (duże, klasyczne pianino, i małe elektroniczne) ale czegoś mi tam brakowało… albo jakiejś dziwności, abstrakcji, albo groove’u, nie mówiąc już o ciężarze…

Dziwność nadeszła wraz z kolejnym koncertem. EABS (Electro-Acoustic Beat Sessions) – kolejny jazzujący projekt (pisałem już, że OFF w tej edycji  w 2 pierwszych dniach to dużo jazzu i saksofonów?), który był satysfakcjonujący. Na scenie 7 ludzi – i w momentach gdy wszyscy oni zaczęli grać swoje dźwięki była zbyt duża kakofonia żeby ta muza była słuchalna, ale większość koncertu to „żarło”. Gdy perkusista wybijał rytm, klawiszowiec próbował za nim nadążyć, basista (wystylizowany a’la Jon Snow w czapce) elegancko przechodził palcami po basie, a sekcja improwizacyjna (trąbka, sax, flet, grając pojedynczo, kolejno lub losowo) profesjonalnie pobudzała wyobraźnię publiczności. Ten koncert był naprawdę ciekawym doświadczeniem muzycznym.

Co dalej? Dezerter, który grał w całości Underground Out Of Poland,  czyli pierwszą płytę, wydaną w USA. Klasyka polskiego punk-rocka, można rzecz.. ale w sumie, ten koncert, jakkolwiek był dobry, uświadomił mi tylko że już wcale mi taka muza już nie wchodzi. Co innego publika, im to wystarczyło by rozkręcić pogo i się dobrze bawić.

Przeszedłem się jeszcze na Juana Watersa w czasie Dezertera, i w sumie tam nie było lepiej. Brazylijczyk grał jakieś ni-to-smutne-ni-to-wesołe piosenki na akustyku, więcej próbując zagadaywać publikę niż śpiewać. Meh. Potem znowu chwila dla towarzystwa, a potem dawka szaleństwa.

Bamba Pana feat. Makaveli. To było poryte i niesamowite. Dwóch gości z Afryki, DJ i raper, ale brzmiało to jakby ludzie na transach w szatni napierdzielali w djembe w trybie turbo. Mega szybkie, niby elektroniczne ale słychać było te afrykańskie beaty. Takie potańcówy to ja rozumiem, nie tam jakieś disco-polo dla mas śpiewające o byle czym, na byle jakich bitach. Wziąłbym ich na secret giga do wigwamu na Red Smoke’a! 

Następnie…. Trochę odpoczynku, trochę tankowania, w tle leci sobie Superorganism i, że się tak wyrażę, nic szczególnego. Może parę piosenek mają nawet nawet, ale graja jakoś tak zbyt wesoło, zbyt… frywolnie. Cytując pewnego festiwalowicza, „ma ja lubię, jak artysta problem. Radiohead ma problem. Superorganism nie ma problemu”. Zgadza się. Wtedy muzyka przekazuje emocje, tworzy klimat, daje pole do utożsamiania się z nią, do przeżywania jej. Tutaj nie było nic z tych rzeczy. 

Zanudziłem? Czekaliście na ten moment przez całą relację, albo scrollowaliście aby przeczytać tylko o ELECTRIC WIZARD? Nadeszło. Godzina odpowiednia, stan fizyczny i umysłowy także. Nareszcie. 22.35. Scena Leśna. Przebijam się do pierwszych rzędów, jestem w czwartym. Widzę znajome twarze, cofam się o jeden rząd i przybijam pionę (a raczej, krzyczę, jebać stoner) i się zaczyna. Z głośników już wybrzmiewa Witchcult Today, na telebimie za muzykami wyświetlają się nieodłączne w tej muzyce wizualizacje, a mi się od razu przypomniało po co jechałem tu tyle kilometrów. Żeby odpłynąć, zanurzyć się w tej gęstej, mrocznej, powolnej podróży do nieznanych światów kreowanych przez riffy Jusa Oborna i ekipy. Mogłoby się wydawać – jest idealnie. Ale zaraz, gdzie jest intensywność przeżyć? Ściana dźwięku była dużo silniejsza na Windhandzie w Poznaniu parę dni wcześniej, bas nie przeszywa taką mocą jak wczoraj Om, a wokal Jusa gdzieś ginie w reszcie instrumentów. I techniczni nie naprawiają tego wcale (a było jeszcze Black Mass, Return Trip (!), Satanic Rites Of Drugula, Incence For The Damned, The Chosen Few i Funeralopolis (!) ). No, naprawdę.  Szacuneczek za fajną setlistę,  no i ogółem całe te bardzo porządny koncert, ale prawdę mówiąc, po takiej legendzie spodziewałem się mocniejszego „kopnięcia”. Albo dźwiękowiec OFFa nie umie w doomy/stonery, albo mieli narzucone jakieś ograniczenia, albo… Czort jeden  wie co. 

A może było to celowe umniejszanie rangi tego koncertu żeby lepiej mógł wypaść koncert Foals?
I, gdyby sentymenty do Electric Wizard odłożyć na bok,  faktycznie tak by było. Jak ich nie znałem, tak koncert mi się spodobał do tego stopnia, że po powrocie do domu przesłuchałem dyskografię, a wybrane utwory/setlistę z koncertu słucham ciągiem do dzisiaj. A w ciągu ostatnich parę miesięcy rzadko tak miałem. Ten koncert brzmiał tak dobrze. Tam gdzie trzeba lekko, tam gdzie trzeba (szczególnie parę utworów pod koniec) przygrzali brudem. Czasem muzyczka sobie spokojnie płynęła (akurat bardzo fajny moment na leżaki w pobliskiej strefie gastro), ale w większości setu dawali dużo autentycznej energii. No i nie mieli problemu z wokalem – było idealnie słychać. Zdecydowanie największe pozytywne zaskoczenie tego festiwalu.

No i na tym się zakończyła moja przygoda z OFFem 2019. OFF to taki dużo mniejszy Opener, z dużo lepszymi, bardziej niszowymi wykonawcami. Ale tu jest stricte oficjalna organizacja, nie jest to festiwal na kompletnym luzie dla ludzi w klimacie, za co tak bardzo kochamy Red Smoke’a <3. Ciekawostka – wielu przypadkowych ludzi z którymi zamieniałem różne słowa nawet jeśli nie były, to kojarzyły RSF – czyli jest jeszcze nadzieja w młodych polskich umysłach. Dostajemy za to mix mniej i bardziej znanych zespołów z różnych gatunków – koniec końców znajdzie się coś do poszerzenia horyzontów. No i na koniec – ludzie. Publika jest tak samo zróżnicowana jak miszmasz gatunkowy zespołów. Znaleźli się typowi kuce (chociaż ich było najmniej), młodziaki-hipsterzy w hawajskich koszulach i nie-do-końca-pasujących-do-siebie-kolorach, których było najwięcej, trochę „kamiennych” kolegów i koleżanek z sekcji (bo OM i EW, hehe), i dużo ludzi po trzydziestce jeżdżących na OFFa co roku bo raz pojechali i „tak trzeba”. No w sumie, tak działają dobre festiwale. Raz pojedziesz i Cię wciągnie, to potem już nie ma odwrotu.  Choć na pewno jeżdżą tam też ludzie tylko po to, by tam być. Byłem tylko dwa dni, bo ledwo udało mi się dostać urlop na piątek, by w poniedziałek wracać do pracy (a to i tak sukces, biorąc pod uwagę fakt, że parę dni wcześniej urwałem się parę godzin z pracy by pojechać na Windhand, wracałem nocą bo w czwartek musiałem znów pracować). Miałem jeszcze swoje typy w niedzielę, choćby Daughters, Entropia i Trupa Trupa, no ale niestety.  I tak było dobrze. Nawet lepiej niż ostatni koncert Yoba i Neurosis w B90. Wróciłem bogatszy o merch zespołów których nie planowałem (vinyl The Comet Is Coming i Mentora, CD Wavs), nie kupiłem merchu tych na których liczyłem (EW była tylko ostatnia płyta, i to drożej niż w necie, Om nie miał żadnych LPków). Merch był sprzedawany w różnych namiotach-marketach, z dala of artystów/zespołów, od gadżetów festiwalowych (torby, koszulki, ohydnie drogie bluzy, a nawet długopisy i… skarpetki (!) ), przez zmywalne tatuaże i inne dekoracje ciała, do muzyki (niezależnych stoisk wytwórni lub sklepów, różnych gatunkowo, oraz tylko jedno stoisko z płytami artystów festiwalowych).

Wersja dla leniwych (TL;DR):

  1. Om, 
  2. The Comet Is Coming,
  3. Electric Wizard,
  4. Foals,
  5. Polmuz,
  6. EABS,
  7. Durand Jones & The Indicators.

Festiwal dla różnego sortu różnych gatunkowo i wagowo zespołów, z takim samym mixem ludzi tam przebywających, z drogim piwem i jedzeniem, raczej bez klimatu, ale ogółem może być. Jakby w następnym roku zaprosili Monster Magnet albo choćby Church Of The Cosmic Skull to bym pojechał jeszcze raz.

Pozdrawiam wszystkich ludzi wymienionych i niewymienionych w tekście, z którymi miałem kontakt na feście i poza nim.

Krzysztof “Exis” Meyer.

Bonus:

Setlista festiwalowa, ale tylko OM, EW I Foals w pełni, bo reszty nie znam na tyle by rozróżnić, albo pewnie nie będę do nich wracał. W kolejności jakiej grali.

Niektóre koncerty są także na setlist.fm.

Jak coś, jakby się spodobało, mogę jeszcze wyskrobać coś np. na temat wspomnianego wyżej Windhanda (a nawet jama w Mustangu po koncercie), a temat jest też w sumie w miarę świeży. 

O autorze

Krzysztof Exis

Krzysztof Exis

Zwykły chłopak z Pomorza, który od problemów na studiach uciekał często w stoner, potem coraz częściej stoner, a potem został już sam stoner. A potem coraz częściej pagan folk... Muza musi wciągać. Albo bujać. Albo mieć klimat. Albo mieć fajowski wokal. Albo (najlepiej) wszystko naraz.