Soniczny Blast w portugalskim Moledo
3 kwietnia, 2020

Pierwsze dni sierpnia. Stonerowa brać pakuje się na OFF Festiwal, by usłyszeć na żywo legendarne Electric Wizard i Om. Ja zaś, w tym samym czasie wyruszam na wyprawę po Portugalii. Normalnie byłbym niepocieszony – w Polsce pojawia się przecież (i to po raz drugi w tym roku!) Al Cisneros, lecz na szczęście mój plan podróży zawierał w sobie wypad na portugalskie święto zfuzzowanej i psychodelicznej muzyki, jakim jest SonicBlast, trwający od 8 do 10 sierpnia w Moledo.

Tegoroczny line-up był głównym powodem dla którego w ogóle wybrałem się do Portugalii. Om, Orange Goblin, Eyehategod czy Earthless to tylko kilka nazw, które w pewnością rozgrzeją serca stonerowców. W tym zaszczytnym gronie miały się także pokazać My Sleeping Karma i The Obsessed, ale niestety oba zespoły nie zdołały się pojawić.

Będąc na przykład, na polskim Red Smoke Festiwalu, oprócz genialnej muzyki, jest także sporo pysznego jedzonka, więc niezwykle zasmuciło mnie, że musiałem szukać go po mieście. No dobra, żarcia dużo ni ma, różnorodnego piwa ni ma, ale wiecie co jest? Scena z basenem – idealne miejsce do pochillowania przy mniejszych zespołach przed petardami sceny głównej. Niestety w tym roku wspomniany basen był otwarty jedynie ostatniego dnia – w czwartek była potworna ulewa, zaś w piątek organizatorzy musieli się zająć zniszczeniami wywołanymi przez deszcz, także zespoły z małej sceny prezentowały się na głównej.

Pierwszy dzień mnie zniszczył. Nie, nie upiłem się, nie naćpałem się, nie zjarałem, po prostu zniszczyła mnie pogoda. Byłem w Portugalii już od tygodnia i było wyśmienicie słonecznie,  lecz w momencie przybycia do Moledo zastałem mgłę i chmury. Taka aura nie przeszkadza, jeśli nie pada. A padało… No ale po kolei. Przybyłem na festiwal i pierwszym składem, który dany mi było zobaczyć, było MaidaVale. Te Szwedki pokazały mi, jak wiele straciłem ignorując ich koncert na Red Smoke’u w 2017 roku. Wypadły świetnie i pomimo średniej pogody dały z siebie wszystko, w szczególności ich wokalistka, która nie zwalniała w pozytywnym szaleństwie nawet na moment. Set był niestety krótki, więc jeśli MaidaVale pojawi się gdzieś w Polsce, najlepiej w Warszawie, wybiorę się na koncert, bo zdecydowanie warto!

Następny był krautrockowy Minami Deutsch z Japonii. Byłem niezwykle ciekaw ich występu, po tym, jak moja dusza niecały miesiąc temu została naładowana tonami energii na występnie nieziemskiego Kikagaku Moyo w Polsce. No i się zawiodłem. Zespół był monotonny, a utwory powtarzalne, kroczące ciągle tymi samymi utartymi szlakami. Ale co z tego, jeśli po Japończykach pojawił się The Devil And The Almighty Blues. Ich nowa płyta przypadła mi do gustu bardziej niż poprzednie, więc byłem nastawiony na zabawę, pomimo coraz gorszej pogody. Koncert zakończył się wraz z ostatnimi dźwiękami The Ghosts Of Charlie Barracuda, a ja udałem się na pole namiotowe, bo deszcz stawał się nie do zniesienia.

Zmęczenie wzięło górę, zły nastrój zdominował moją głowę i niestety ominąłem występy Monolorda i Lucifera. Nie są to zespoły z mojej toplisty, ale żałuję, bo Monolord zostawił mi bardzo miłe wspomnienia po czerwcowym Smoke Over Warsaw. Także możecie się domyślić, że zdenerwowanie się nasiliło, jednak nie na tyle, żeby odpuścić najlepszy występ wieczoru – Earthless. Nie jestem regularnym słuchaczem tego power trio, ale po ich występie się to zmieni, oj tak. Panowie zdominowali scenę ich niekończącym się kwaśno-ciężkim jammowaniem. Kozackie riffy? Były. Totalny solówkowy luz? Był. Świetna sekcja rytmiczna? Także! Było to dla mnie zakończenie dnia, bo nie chciałem się męczyć na Graveyard, którego nie jestem największym fanem. No nic, zasnąłem z nadzieją polepszenia się pogody.

Wstałem i wiedziałem, że po wczorajszej batalii z naturą muszę odpocząć. Pojechałem więc ze znajomymi na brzeg oceanu. Te kilka godzin były jak oczyszczenie organizmu ze wszelkich toksyn powstałych przez negatywne emocje. Widok ogromnych fal dał siły na cieszenie się z muzyki, dla której przyjechałem z Polski. Zdecydowałem, że pokoncertuję dopiero wieczorem. Z reguły chodząc na koncerty staram się słuchać wszystkiego, bo czasem w najmniejszych kapelach drzemie ogromne piękno (pozdrawiam tu rodzinne The Howling Eye czy Andromeda Space Ritual), jednak pierwszym zespołem, na jaki się wybrałem drugiego dnia był Belzebong. O matko, niewiele zespołów potrafi z generyczności gatunku wyciągnąć taką zajebistość. Ogłoszeni na kilka dni przed festiwalem, rozpętali zielone piekło na scenie. Te ruchy, to brzmienie, ten riff. Słyszałem ich po raz drugi w tym roku i po raz kolejny nie zawiedli.

Są kapele, od których rozpoczyna się przygodę z danym gatunkiem, lecz potem zapomina się o nich, przestaje się słuchać. I jest to bardzo często ogromny błąd. Wiedziałem, że Orange Goblin to klasa sama w sobie, ale prócz pojedynczych utworów póki co nie przekonali mnie do siebie. Do momentu występu. Zespół tryskał groovem, energią i rozpierdolem w każdym możliwym kierunku, a wokalista Ben Ward stał się jednym z moich ulubionych frontmanów. Orange Goblin był dla mnie największym zaskoczeniem w Moledo.

Następnie na scenie zameldowało się Stoned Jesus. Wiele się o nich mówi – a to że to już nie stoner, a to że grają teraz indie rocka, a to że w ogóle gówno. Co z tego? Ja słuchając ich ciągle wracałem wspomnieniami do początków odkrywania stonerowego świata, a Black Woods i I’m The Mountain bujały równie dobrze, jak kiedyś. Na koniec dnia organizatorzy upewnili się, żeby nikt przedwcześnie nie zasnął, bo oto na scenę wkroczył kanadyjski killdożer – Dopethrone. Każdy ich koncert to solidna dawka ciężaru, gruzu i zniszczenia, nie inaczej było tym razem. Jednak utwierdzam się w przekonaniu, że pełen potencjał zespołu ujawnia się dopiero w małych, dusznych klubowych klimatach. To było godne zakończenie dnia. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść…

W sobotę nic nie interesowało mnie tak, jak Om. Każdy z was ma zapewne kilka takich zespołów, które wprowadzają w inny świat, do których jesteście wyjątkowo przywiązani. Dla mnie takim zespołem jest Om. Jara mnie wszystko, w co zamieszany jest Al Cisneros. Jakoś musiałem przeżyć dzień, więc zahaczyłem o (w końcu otwartą) małą scenę, odpocząłem w basenie, niepotrzebnie poszedłem na koncert Giobii, która totalnie mnie zawiodła i niepotrzebnie nie poszedłem na koncert Toundry, który by mi się na pewno podobał bardziej niż Giobia. Pisząc tę relację słucham ich najnowszą płytę „Vortex” i biję się w pierś.

Na SonicBlast nie było Electric Wizard. A może było, skoro grał Windhand? Zagrał poprawnie, przyzwoicie, okultystycznie i ciężko – tak jak zagrać powinien. Mi osobiście nie przeszkadzały podobieństwa do wspomnianych klasyków, bo Amerykanie dodali do tego własny spin i nie brzmieli jak totalny rip-off w stylu Mephistofelesa. Doskonała przystawka przed głównym daniem. Ale zanim główne danie, czas na zupę (w tym momencie kończę gastryczne porównania) – Eyehategod. Jestem fanem gruzu, ale bardziej melodycznego, majestatycznego, a EHG to czyste zniszczenie, szatańska pożoga, tak więc Jimmiego Bowera i spółkę słuchałem z oddali, czekając na punkt kulminacyjny mej podróży. Jeszcze tylko kilka minut, długie transowe intro i jestem w „stanie bez powrotu”.

Słysząc pierwsze dźwięki Gethsemane wiedziałem, że będzie to jeden z najważniejszych koncertów w moim życiu. Uwielbiam, gdy muzyka wywołuje tak silne emocje. Przede wszystkim, tak przejmująca i głęboka. Chwała dźwiękowcom, odwalili kawał dobrej roboty idealnie nagłaśniając instrumenty. Klawisze były wyraźne, perkusja na idealnym poziomie, a bas wchodził głęboko do duszy. Setlista była oparta na płytach Advaitic Songs i God Is Good, co mi osobiście bardzo odpowiadało. Mógłbym wymieniać wiele świetnych momentów koncertu, ale po prostu napiszę, że cały występ wywołał na mnie ogromne wrażenie. Czy to dźwięk przesterowanego basu w State Of Non-Return lub Thebes, czy mantryczne Meditation is the Practise of Death, czy znowu tańczące Cremation Ghat – wszystko to stworzyło niezapomniane widowisko na najwyższym poziomie. Om pokazał się z najlepszej strony idealnie kończąc cały festiwal.

SonicBlast Moledo to miejsce na festiwalowej mapie lata, które warto odwiedzić. Pomimo wciąż niewielkiego kalibru zdołał zebrać w line-upie absolutną czołówkę gatunku. Do tego można połączyć muzyczne szaleństwo z kontemplacją w łonie natury. Lasy, góry, plaże i stoner. To połączenie zachwyca.

O autorze

Łukasz Jamiołkowski

Łukasz Jamiołkowski

Redaktor recenzji

Nałogowy słuchacz wszystkiego – od stoner rocka, psychodelę i metal, poprzez eletronikę wolną i szybką, kończąc na śpiewie ptaków i szemrze wiatru.

Do tego skromny gitarzysta, niespełniony elektrotechnik i zbyt miły człowiek. Uwielbiam gadać o muzyce, więc to robię.