Tool – Fear Innoculum [2019]

 “Złoty podział na drobne”

Dokładnie 4869 dni po premierze 10.000 Days fani i hejterzy doczekali się następnego wydania Toola. Czy Fear Innoculum rzeczywiście uodparnia na strach? Obawiam się, że nie do końca…

Przez 4869 dni wiele zdążyło się zmienić. 13 lat wychodowało muzyków, którzy zdążyli już pójść własną drogą przesuwając granice metalowej progresji i rozwijając patenty swoich idoli. Przykłady? Karnivool, Rishloo, Long Distance Calling i Downface, to tylko kilku takich wykonawców. Ba! Przez te eony płytę zdążył nawet wydać wspólny projekt Glacy i Justina Chancellora M.T. Void. Ten ostatni kilka lat później dał radę nagrać solo basu w Oni Przyszli i nie spalić się przy tym ze wstydu. Jest to jakieś osiągnięcie.

A co przez ten czas działo się z Toolem? Muzycznie niewiele. Pogoń i prześciganie się na wymyślne patenty z młodszymi kolegami, ku uciesze wybrednych muzycznych dziennikarzy, Amerykanie mieli głęboko w dupie. Przez ten czas odchowywali dzieci, zakładali biznesy i z inteligentnie zbuntowanych prowokatorów stali się… tatusiami.

Ano właśnie. Statecznymi Tatusiami. Maynard zachwala u Joe Rogana swoje winka, ukochaną żonkę i martwi się, że jego 5-letnia córka zbyt długo siedzi przy smartfonie. (https://youtu.be/9-w-LFBw8Co )

Danny Carey z dumną miną gra The Pot zaprzęgnięty do szkolnego coverbandu przez swoją córkę. (https://www.youtube.com/watch?v=rEfS-GkSWMQ) No i po co tę sielankę psuć nową płytą?

Teorię mam taką, że to po to, by obniżyć “próg wejścia” w muzę Toola dla całego pokolenia, które nie zapoznało się z nim wcześniej. A i starzejącym się wraz z nimi fanom, zaserwować granie o znacznie obniżonym po 50-tce poziomie testosteronu. Wszystko składałoby się w cudownie obmyśloną marketingową strategię, gdyby nie forma wydania albumu. O ile, żeby słuchać i rozumieć Toola trzeba mieć ponad 200 IQ, o tyle, żeby w nim grać konieczne jest przynajmniej 2137 punktów. Wydanie fizycznego albumu wyłącznie jako pudełka z 2-watowymi głośniczkami. 4-calowym ekranem, kablem USB (sic!), książeczką i kodem do pobrania MP3-ek wymaga zmysłu marketingowego niedostępnego zwykłym śmiertelnikom. Cała ta przyjemność kosztuje blisko 500 złotych. Seriously Maynard – WHAT THE FUCK?!

Każdy poprzedni album Toola był mocno wyrazisty. Autoagresywny i nihilistyczny Undertow, wkurwiona na obłudę showbiznesu Ænima, drący łacha z foliarzy Lateralus, aż po intymnie rodzinny 10.000 Days. Każdy kipiał od różnorodnych autentycznych emocji. Jak sama nazwa wskazuje Fear Inoculum, jeśli wierzyć tytułowi, ma uodpornić słuchacza na strach. 

Tekstowo, jest zapisem podróży od złudzeń do wewnętrznej walki o zachowanie własnych zasad w obliczu walącego się świata. Wzniosłe, prawda? Widocznie kryzys wieku średniego łysy z Toola ma już za sobą. Muzyka dostosowuje się do nastroju wewnętrznej stabilizacji i głaszcze słuchacza bez szarpania nim w którąkolwiek stronę. A czy właśnie nie przez “szarpanie” i ironiczny dyskomfort Tool zyskiwał fanów? Wbijane szpilki zamieniły się w miękkie poduszki, a krzyk w westchnienie zamyślenia nad kondycją świata.

Przed premierą muzycy szczycili się rekordowymi 86 minutami materiału. Przez to słuchacze przestali oczekiwać na nową płytę, teraz czekają, aż muzycy przestaną masturbować się powtarzaniem nijakich motywów. Część z nich brzmi jednak znajomo. Mądrzejsi i wnikliwsi ode mnie słuchacze ustalili już, że wstęp do 7empest łudząco przypomina Lady Pank Stacja Warszawa, a Pneuma pożyczyła motyw od Southtown P.O.D. Mogę dodać jedynie, że pływamy w rozwodnionej zupie z motywów, które już skądś niejasno kojarzymy. Zachowawczy autoplagiat to kolejna z cech tatusiowego rocka, o którą do niedawna amerykanów bym nie podejrzewał. Ironicznym wybrykiem zdaje się ósmy Chocolate Chip Trip. Po kilkunastokrotnym przesłuchaniu płyty wciąż twierdzę, że to po prostu ejakulat burzący nastrój poprzednich spójnych kompozycji. Ale ważne, że se Danny zagrał solówkę pod synthy. Przynajmniej on świetnie się bawił.

Czy jest aż tak nijako? OK, na tle płyty wybijają się motywy z Pneumy i najbliższy poprzednim dokonaniom zespołu 7empest. Rozpatrywane w każdym innym kontekście najlepsze motywy Szczepionki na Strach są najwyżej przeciętne. Sorry not sorry.

Oczywiście każdy, kto ma dziurę w dupie, wyrobił sobie już na temat albumu własne zdanie. Kałszkwał wokół zespołu nie cichnie, fundując mu pierwsze miejsce na liście amerykańskiego Billboardu 200. To powrót po latach do realiów, w których fani Toola posuwali fanki Taylor Swift. Ot posypka na torcie o smaku rozczarowania.

Jeśli wy również po odsłuchaniu płyty macie potężny niedosyt, odpalcie sobie Lucid Planet S/T czy kontynuację siostrzanego projektu Toola Peach z Justinem Chancellorem Suns of the Tundra. Zarówno Lucid Planet jak i Bones of Brave Ships robią lepszego “Toola“, niż Fear Inoculum i powinny osłodzić Wam gorycz.

Autor
Kai Szuwar

Jeśli chcesz napisać recenzję mojej gawędy, to wyślij ją na kaj.szuwar@gmail.com.

PS. Historia dookoła przedpremierowego wycieku płyty jest tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=WIwR3dN6Id0