“Chciałem zrobić to zanim umrę” – wywiad z Thomasem Gabriel-Fischerem

 Thomas Gabriel Fischer jest ikoną muzyki metalowej jak mało kto. Człowiek, który w swoim życiu przeszedł bardzo dużo i oddaje ten ból egzystencji w swojej muzyce. Udało mi się przeprowadzić z nim wywiad przed koncertem podczas tegorocznej edycji Summer Dying Loud i mimo wielu obaw okazał się on bardzo sympatycznym i skromnym człowiekiem. 

Witam, jak samopoczucie na chwile przed koncertem?
W: W porządku, nie mogę się doczekać wejścia na scenę. 

Wracacie do Polski na kolejny koncert. Pamiętam jak byłem na waszym koncercie w Krakowie w 2014. Sam zresztą napisałeś, że był to jeden z najlepszych koncertów w Twoim życiu. Dalej tak uważasz? Czy dalej jesteś aktywny na blogu?

W: Tak dalej jestem aktywny na blogu. Nigdy nie powiedziałem, że to najlepszy koncert. Powiedziałem, że to był niewiarygodny koncert i dalej tak uważam. Energia bijąca od publiczności była zjawiskowa i niepowtarzalna. Nigdy będąc w Polsce nie mieliśmy złej publiczności, powroty tutaj to zawsze dla nas ogromne przeżycie. 

To właśnie po tym koncercie zdecydowałeś się na mini trasę po Polsce dwa lata temu. Jak ją wspominasz? 

W: Było rewelacyjnie i powtórzyłbym to bez wahania. Jeśli kiedyś jakiś promotor się do nas odezwie w tej sprawie, zrobimy to ponownie. 

Chciałbym wrócić na chwilę do Twojego dzieciństwa. Czytałem, że klimat małego Szwajcarskiego miasta i natury dookoła niego wpłynął na Twoją wczesną twórczość. 

W: Szwajcaria była strasznie konserwatywna i restrykcyjna w czasach kiedy dorastałem. Osoba taka jak ja nie mogła się odnaleźć i dopasować do społeczeństwa w tym czasie, a samo społeczeństwo nie chciało mnie w nim. Postanowiłem odnaleźć się we własnym świecie, wraz z moimi bliskimi przyjaciółmi. Nazwaliśmy ten świat Hellhammer. To taka krótka wersja mojego dzieciństwa. Zespół był ucieczką od szarej rzeczywistości w tamtym czasie. To była dobra droga dla takich ludzi jak ja. 

Czy natura Szwajcarii dalej ma na Ciebie taki wpływ jak kiedyś? Dalej jesteś nią zafascynowany? 

W: Oczywiście, że tak. Dlatego mimo tego, że mieszkałem w wielu miejscach postanowiłem tam wrócić. Nie przepadam wprawdzie ani za zimą ani za latem. Lubię bardzo wiosnę i jesień. 

Wiem, że jesteś bardzo zafascynowany sztuką, czy Twoje dzieciństwo miało na to wpływ? 

W: Jezu, kolejne trudne pytanie <śmiech> Pierwsze moje doświadczenia ze sztuką na pewno zawdzięczam moim rodzicom. Byli bardzo zafascynowani tym i wszystko to na pewno działo się przed dezintegracją mojej rodziny. Kiedy wszystko miało jeszcze jakiś porządek, kiedy jeszcze interesowali się kulturą i sztuką. Pierwszy raz zobaczyłem dzieła Hansa Gigera dzięki ojcu. Miał wczesne książki, wtedy kiedy był on jeszcze podziemnym artystą. Tak to się wszystko zaczęło. 

Jak byś siebie porównał teraz do tej osoby jaką byłeś w 1982, kiedy zakładałeś Hellhammera? 

W: Dalej mam wrażenie, że jestem tak trochę głupi i niczego się nie nauczyłem przez te 30 lat. Oczywiście nabrałem dużo życiowego doświadczenia, mimo tego dalej jestem tym samym anarchistą z tymi samymi niewyparzonymi ustami, którym byłem zawsze.

Pytam dlatego, że postanowiłeś wrócić z materiałem Hellhammera pod nazwą Triumph of Death. Skąd pomysł, żeby właśnie teraz przypomnieć światu ten materiał? 

W: Chce to zrobić zanim umrę po prostu. A mam takie dziwne uczucie, że nie będę żyć wiecznie. Dlatego robię to teraz, za trzy lata może mnie już tutaj nie być. 

Jakie to było dla Ciebie uczucie wrócić po tylu latach do tego okresu? 

W:  Była to mieszanka strasznie skrajnych uczuć. Strasznie ekstremalna mieszanka. 

Z jednej strony było fantastycznie zagrać te utwory. Są one dla mnie bardzo ważne, ukształtowały całą moją muzyczną ścieżkę, do tego niektóre z nich nigdy nie były grane na żywo. Było magicznie je zagrać. Z drugiej strony uświadomiło mi to, że ten czas już nigdy nie wróci. Im bliżej jestem śmierci tym bardziej wiem, że te czasy kiedy zaczynałem grać już nigdy się nie powtórzą. Zawsze będę za nimi tęsknił, był to magiczny okres z wieloma fantastycznymi ludźmi. Była to więc mieszanka smutku i radości w tym samym momencie, podczas grania ich na scenie. Strasznie dziwne uczucie i mam je zawsze na scenie. 

Czy jest to po prostu projekt festiwalowo-koncertowy na jeden-dwa lata czy planujesz coś więcej?

W: Będziemy grać tak długo jak ludzie będą tego chcieli. Ewentualnie tak długo jak będę żyć a to może być krócej. Mamy nagrane kilka koncertów i prawdopodobnie wydamy je w formie Epki. Możliwe, że nagramy jeszcze coś nowego. Na razie jest to za świeże, żeby podjąć decyzje co do wejścia do studia. 

Czy jak wróciłeś z Hellhammerem na deski sceniczne czułeś, że musisz coś udowodnić? 

W: Odpowiedź publiki i promotorów była bardzo dużo i musieliśmy wybierać spośród naprawdę wielu ofert. Jak musiałem coś komuś udowadniać to tylko sobie, bo tylko ja nie wierzyłem, że to zadziała. 

Pytam o to wszystko bo dalsza Twoja kariera muzyczna była naturalną ewolucją tego co robiłeś wcześniej. Ciągle eksperymentowałeś z muzyką. Dalej czujesz potrzebę eksperymentowanie, czy lepiej Ci z graniem prostych rzeczy?

W: Zawsze lubię eksperymentować i nigdy nie przestanę. Miałem zresztą przygodę z muzyką elektroniczną i byłem bardzo z tego powodu szczęśliwy. Jeśli jeszcze pożyję chciałbym nagrać album ambientowy. Mam masę materiału na niego. 

Różnica między Hellhammerem i Celtic Frost a Triptykon jest taka, że jest on prawdziwym zespołem przyjaciół, a nie solowym projektem. Może i głównie ja piszę, ale wszyscy pracujemy nad utworami. Każdy ma prawo głosu i każdy zostanie wysłuchany. W pierwszych zespołach dominowałem ja i Martin, to od nas zależał cały koncept i to jak będzie wyglądać płyta. Tutaj jesteśmy prawdziwym zespołem z krwi i kości. Strasznie tego chciałem po rozstaniu z Celtic Frost

Wiem, że nie lubisz rozmawiać o muzyce zanim jej nie wydasz, lecz czy pracujecie nad nowym Triptykonem?

W: Kończymy miksować Requiem (chodzi o zapis koncertu z Roadburn), które zawiera wiele nowej muzyki. Zaczynamy również pracę nad nowym studyjnym albumem. Może zostanie wydany pod koniec przyszłego roku. Tak więc możecie się wszyscy spodziewać za rok dwóch wydawnictw opatrzonych nazwą Triptykon

Wspomniany wcześniej H. Giger był personalnie Twoim przyjacielem. Czy jego śmierć jakoś wpłynęła na kreatywny proces tworzenia nowego albumu? 

W: Moja muzyka zawsze jest inspirowana przez śmierć i jego zgon nic tutaj nie zmienił. Ta muzyka jest zawsze o śmierci. Jedynym połączeniem będzie to, że Requiem, które planowo ma się ukazać na początku przyszłego roku będzie w całości mu dedykowane. 

Znalazłem w internecie informacje, że wraz z Mią oraz Vanją założyłeś zespół Niryth. Jest to tylko plotka, że będziecie tam grać na tylko na gitarach basowych? 

W: Tak ten zespół istnieje i nawet nagraliśmy materiał. I w jest nawet więcej niż trzy basy w niektórych utworach. Wszystko zostało nagrane u V. Santury w studiu i będzie niedługo miksowane. Nigdy oczywiście nie usłyszysz tam, że jest tyle gitar basowych. Wszystko jest bardzo eksperymentalne i niektóre ścieżki brzmią jak klawisze, niektóre jak gitary. Wszystko jest mocno psychodeliczne. Usłyszysz to za rok i nie jest to tylko dziwna informacja w internecie ale prawdziwy zespół. Nie będzie to muzyka metalowa ale na pewno coś mrocznego z metalowymi elementami. 

Jesteś znany również ze swojego krytycyzmu odnośnie masowych religii. Byłbyś w stanie wyobrazić sobie świat bez nich? 

W: Oczywiście, że tak. Robię to praktycznie codziennie, niestety takie coś się nigdy nie wydarzy. Świat byłby wtedy lepszym miejscem. 

Dziękuje bardzo za poświęcony czas. 

  • Kacper Hawryluk