SeattleMods, czyli jak cofnąć się w czasie w czasach zarazy
21 czerwca, 2020

Recenzja 1000mods – Youth of Dissident [2020]

Czy po trzech świetnych, można by rzec klasycznych (niektórzy powiedzą: generycznych) albumach, po wyjściu w międzyczasie z podziemia, można nagrać jeszcze czwarty generyczny świetny album? Można, ale akurat niekoniecznie w tym przypadku… To znaczy świetny nawet tak, generyczny raczej nie, inny tak, undergroundowy nie. 1000mods, stonerowcy z Grecji wydali 24 kwietnia 2020 roku swój czwarty album, Youth of Dissident w swojej wytwórni Ouga Booga and the Mighty Oug.

Co można o nim powiedzieć. Album jest inny. Mniej stonerowy, za to bardziej… grunge’owy. Album został nagrany w London Bridge Studio i w Studio Litho w Seattle, i to słychać już od samego początku. Producentem był Matt Bayles, znany z kolaboracji m.in. z Pearl Jam, Soundgarden czy Mastodon. A on sam uczył się u Brendana O’Briena. To już daje dość duży pogląd na to co będzie grane.

No ale czy to źle? Niby nie, ale brzmi to trochę za czysto, i miejscami powroty do przeszłości są aż za bardzo wyczuwalne. A z trzeciej strony… ta płyta jest mega słuchalna i idzie gładko od początku do końca i mimo iż trwa 55 minut, przechodzi bardzo szybko.

Kończąc wstępy… Lucid. Niby mamy od początku charakterystyczne modsowe „charczenie”, ale takie jakieś… wycofane, siarczyste riffy ustąpiły raczej ładniejszym melodiom, szybszemu tempu, choć… bardziej dopasowanymi wokalami. I to wszystko w jego głowie! Utwór ten kończy się szybciej niż zaczyna, mimo pozornie dużego tempa brak tu energii znanej z poprzednich albumów, solówka jest krótka, a utwór powtarza się, od początku do końca kilka razy (przerwami)… i to wszystko w niecałe 4 minuty.

So Many Days… tutaj mamy na zmianę trochę bluesowej lekkości z podbitym basem na zmianę z riffami al.’a Above179…. Ten utwór akurat ładnie płynie. Podoba mi się też Modulacja/dopasowanie wokalu do tych jakby, przenikających się 2 płaszczyzn. Mamy tu też trochę improwizacji, mamy tu w zasadzie 1000mods o take chodziliśmy na koncerty.

Warped. Pierwszy duży efekt „WTF” ? Skąd się tu wzięła Nirvana z pierwszej płyty? Ah, tak.. Pisałem o tym na początku.. Wyczuwacie tu Blew czy School, cholera, podrobili nawet styl śpiewania Kurta. Mimo to, słucha się spoko, z każdym taktem energia wzrasta, a na koniec robią nawet małą improwizację.

Dear Herculine. Zwalniamy tempo. Na zwrotki dajemy melodyjną gitarę niczym psychodeliczny rock, z opcjonalnym gruzem na refrenie. Płynie sobie powoli, w tempie mniej więcej Somali Yacht Club z brzmieniem ciut w klimatach, powiedzmy, lżejszego REZN. Pod koniec znowu się rozkręcamy, i to już jest jest fajnie, tylko że… ten stan trwa dwie minuty i następuje koniec utworu.

Less Is More. To brzmi jak pop-rock-balladka z lat 90-tych. Nadałoby się na jakąś płytę Foo Fighters albo Soundgarden po reaktywacji (okolice King Animal itd.). Niby spoko, utwór jest przyjemny, spokojny, a gitara zapełnia większość utworu solówkowymi dźwiękami, ale jednak balladka wypełniacz.

21st Space Century – nie wiem po co ten utwór jest osobno, powinien być jako jedna całość (intro) do….

… najlepszego utworu na płycie, czyli Pearl. Fuck yeah, wrócili dawni Modsi znani z tej niesamowitej energii która powoduje zakwasy i bolące mięśnie po intensywnym 1,5h pogo przy samej scenie w małym lub większym, dusznym klubie (pozdrawiam SOW2018 i koncert w Hydrozagadce 😉 ). Tu jest wszystko za co pokochaliśmy Modsów. Jest power, jest fajny wokal, jest tempo, są riffy, jest brud, jest groove. Caaalm down, you blew my head, yeah yeah yeah! No i znowu jest schemat tej płyty.. kończy się utwór, krótka solówka, koniec.

Blister.. I znowu Nirvana została reaktywowana, choć po znakomitym Pearl nie wywołuje już takiego efektu WTF jak Warped. Prawdopodobnie dzięki podobnemu umiejscowieniu w kolejności.

Young. I kolejna rockowa balladka. Meh. No, przynajmniej z początku, bo potem się rozkręcają trochę w solówki, ale w sumie, mam wrażenie że więcej dla tego albumu zrobiły Pearl, Warped czy Blister niż ten utwór.

Dissident. Bunt. Rozłam. Zaczęło się niemal jak Above179…. I faktycznie jest tu trochę ciężej, jest więcej riffów, jest więcej „starych” Modsów. Dobrze wchodzi tu mega wyeksponowany, skaczący bas.

Mirrors. Ostatni kawałek. Na wszystkich trzech poprzednich płytach ostatnia kompozycja zawsze miała coś w sobie bardzo wartościowego, narastającego, wręcz progresywnego i także na tym polu nie zawiedli. Lustra naprawdę dają radę, klimatem i brzmieniem zahaczają tym razem o Sunnatę (i bardzo dobrze!), przynajmniej tak do połowy. Bo potem przyśpieszają. I to jak! I tak się kończy ta płyta. W starym, dobrym stylu.

No i co? Wypadałoby chyba  wspomnieć o tekstach. Kto by w stonerze słuchał tekstów (no chyba że Diuny, albo Kapitana Bongo)… Wydaje mi się leciutko więcej powtarzających się fraz w refrenach i ogólnie mniej tekstu, za to koncept tekstów bardziej spójny, bardziej psychologiczny (?) niż na poprzednich albumach. Jak poprzednio mieliśmy bardziej rozstrzał stylistyczno-gatunkowy (od wyobrażeń że jesteśmy bogami złamanych kości, do zapalania cygara), tak tutaj, mamy coś w rodzaju protestu, buntu przed rzeczywistością, i chęcią z niej ucieczki, mamy pigułki, świadome śnienie, rozterki moralne, wszystko w „głowie” powiedzmy sobie głównego bohatera… co w sumie pasuje do treści albumu, okładki, i… zadziwiająco bardzo do naszych obecnych czasów. No, ale uznajmy że się tylko „wstrzelili”.     

Ogółem (całe te) te, gęste riffy i gruz zamienili na solówki i podróbki.

Stonerowy brud i smród zamienili na gładkość i przyjemność,

Długie, desertowe, groovowe kompozycje zamienili na krótsze, dość schematyczne pioseneczki

Energiczne, rockowe killery zamienili na miejscami brzmiące jak pop-rockowe balladki.

A jednak, poza, Less Is More i Young, i mimo iż Warped czy Blister trącą na kilometr zrzynką z Bleach wiadomego zespołu, albumu słucha mi się bardzo „płynnie” i moim zdaniem jest „najlepszą płytą tygodnia* w którym zaraza zaczęła zbierać największe żniwo w naszym „kochanym” kraju. (24.04.20).

P.S. Dobrym porównaniem będzie chyba: „ta płyta ma się do poprzednich dokonań Modsów tak jak …Like Clockwork do reszty wcześniejszych płyt QOTSA. Niby lżejsze, niby inne, ale to nadal wciąga, a My God Is The Sun (Pearl) to czołówka ich utworów.

IV-V.2020