Power Plant – cargo
26 czerwca, 2020

Czy to stoner? Czy to post-rock? Może psychodelia? Wszystko naraz i wszystko po trochu. Jest to kombinacja wielu dobrze znana i co wieczór przypalana, ale wcale nie straszy nudą. A już na pewno nie w tym przypadku.

26 czerwca 2020 roku szczeciński zespół Power Plant z pomocą wytwórni Galactic SmokeHouse wydaje swojego pierwszego longplaya zatytułowanego cargo.

W serwisie bandcamp.com zespół przyznaje się do czerpania inspiracji z grunge’u, co słychać bardzo dobrze na EPce pt. delayed ep z 2019 roku. Owszem, jest tu ciężej, jest też psychodelicznie, jest tu na każdej płaszczyźnie „bardziej” od wszystkiego, co oferował grunge w latach 90-tych i to bezsprzecznie słychać. Zresztą polecam zapoznanie się z pierwszym wydawnictwem grupy, ponieważ wciąż na krajowym rynku jest to towar deficytowy, a Power Plant dostarczył i to bez kompleksów. Coś jednak zmieniło się w umysłach muzyków, albowiem zdecydowali się zejść ze ścieżki sugerowanej przez pierwszy krążek, którym podzielili się ze światem i uderzyli w dość zaskakujący kierunek. Czy jest to rewolucja? Pewnie nie, ale w gronie słuchających stoner zaznaczą swoją obecność mocno, a przynajmniej powinni.

Dostając kolejny link do undergroundowego stonera z Polski pomyślałem „ach, okej, no niech będzie, że odtworzę i spróbuję odsłuchać”. A nie chciało mi się i nie chciało mi się bardzo. Po eksperymentach z niszowymi projektami, które okazywały się tak słabe, że nie potrafię sobie ich w tym momencie przypomnieć, byłem naprawdę zmęczony. Klikam „play”, jest przyjemnie, ale proza życia codziennego każe mi przerwać po paru minutach. I wiecie co? Bezmyślnie nuciłem sobie usłyszane przez ten moment melodie. Kiedy to sobie uświadomiłem od razu stwierdziłem, że chcę napisać recenzję. I oto jest!

Okładka sugeruje jedną z dwóch skrajności. Pierwsza śmiesznie naiwna i druga ironicznie samoświadoma. cargo – statek towarowy wiozący ścianę kolumn i wzmacniaczy ku spowitym psychodeliczną mgiełką planetom? Kupuję, mnie się to podoba. Jest retro, ale też bez nadprogramowego kiczu. I sądzę, że dobrze koresponduje z zawartością krążka. A co się na nim znajduje?

Power Plant zwolnił i pozwolił sobie na więcej przestrzeni. Przeszedł też z makowych pól grunge’u do kwaśnych odlotów. Lecz spokojnie, nie ma tu dzieci kwiatów, bo te odloty są na tyle ciężkie i przyjemnie nieporadne, że więcej znajdziemy skojarzeń z niektórymi dokonaniami post-rocków a’la Russian Circles niż z Jefferson Airplane. Zespół zrezygnował całkowicie z wokalu. W porównaniu do EPki jest tu naprawdę dużo zmian, pytanie tylko czy wyszło to na dobre? Bo co by nie mówić, konkurencja w tym rodzaju stoner metalu jest naprawdę duża – łączenie jam rocka, psychodelii, post rocka i sabbathowych riffów to jedno z ulubionych zajęć stonerowców ostatnich lat. Różnią się proporcje poszczególnych składników, różni się atmosfera oraz poziom techniczny, ale w zasadzie chodzi o to samo. Wyróżnić się na tym poletku jest bardzo trudno. Jak w tym świetle wypada Power Plant?

Album otwiera Intro z subtelnym głaskaniem strun elektronicznym smyczkiem i łagodnym basem. Wchodzimy w świat kreowany przez muzyków. Nie narzucają się, nie wręczają kuponów z 50% zniżką na drugie piwo naganiając do środka, a raczej wystawiają puste płótno na zewnątrz i nuta po nucie malują zapraszając do autorskiego mikroklimatu. Co słychać już na tym etapie to to, że chłopaki mają wyobraźnię. Wydaje się, że nie ma tu miejsca na przypadek. Oszczędne wykorzystywanie instrumentów naprawdę może się tu podobać. Nie ma popisówek i nie ma zbędnych ozdobników. Jest za to kojąca przestrzeń, która to tu, to tam zawiera grubo ciosane elementy przypominające, że palce gitarzysty przyzwyczajone są do doomowego ciężaru. Poleciałem? Fakt, poleciałem. Star-Gazing Valley to naturalne rozwinięcie intra. Wydaje się, jakby człowiek już to gdzieś słyszał, ale to nie zarzut, a raczej spostrzeżenie, że Power Plant mimo debiutowania w tej gałęzi stoneru odnajduje się w niej bardzo sprawnie. Ten utwór mógłby zostać wydany przez chociażby Samsara Blues Experiment i nikt nie powiedziałby żadnego „ale” – jest to jam rock z pierwszej ligi, absolutnie. I w tym momencie wkracza on, cały na zielono. Stratosphere – moim zdaniem najjaśniejszy punkt tego wydawnictwa. Bo najlepszym, co się przydarza przy słuchaniu takich albumów jest, gdy odnajdzie się taki riff, który trochę taki, a trochę inny. Rozumiecie co mam na myśli? Prosty riff, podobny do czegoś co już wam się podoba, ale jednak inny i inny na tyle, że nie potraficie powiedzieć do czego jest podobny. Zręcznie i błyskotliwie zaaranżowany, a jednak na całej swej długości zbudowany wokół jednego motywu. Taki transowy. Człowiek się buja w rytm i co kilkanaście sekund kolejne plumkania gitary wystrzeliwują go w kosmos. Tego po prostu trzeba posłuchać! Później wchodzi Different Realities przekształcający owe plumkania w osobny utwór. Jest dobrze osadzony w albumie, wchodzi w idealnym momencie. Zgrabnie ewoluuje zwiększając tempo z minuty na minutę, by na końcu brzmieć trochę jak na delayed ep. Ostatni kawałek muzyki na krążku – Apollo 420 to najbardziej zrelaksowana piosenka na płycie, której fragmenty przypominają że owszem, to wciąż metal, ale ma jednak pozostawić jakieś takie pozytywne emocje na koniec. Zupełnie tak jakby po kwaśnej burzy statek z okładki miał w końcu dotrzeć do portu docelowego. Jakie to jest smaczne, jak chce się to powtórzyć!

cargo to album, który mimo jamowego rozlania jest konkretny i oferuje muzykę, która nie tylko jest przyjemna, ale też zapadająca w pamięć i tym samym Power Plant niczym nie ustępuje innym projektom łączącym post-rock ze stonerem, takim jak chociażby Somali Yacht Club. Aż trudno uwierzyć, że jest to pierwszy album długogrający grupy, tak dojrzały i solidny, bez jakichkolwiek rażących elementów czy nieudanych eksperymentów. Brzmieniowo również jest w punkt – owszem, brzmi nowocześnie, ale nie sprawia wrażenia jakby każdy element został jakoś przesadnie podkręcony. A pojedyncze brzęki strun opadających na progi mocno przestrojonej w dół gitary są tym, co audiofilskie misie lubią najbardziej. Choćby Power Plant mieli teraz nagrywać tylko swoje improwizacje z prób, to chętnie będę na nie czekał – samo ich wzajemne zrozumienie podczas gry jest warte uwagi. Brawo, Panowie, czekamy na więcej!

O autorze

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Student psychologii. Humanista. Fan podróży, historii, kina i przede wszystkim muzyki. Szarpidrut od indie i upalonego bluesa. Lubię rum, kuchnię śródziemnomorską, psychodelię i Bałkany. W wolnych chwilach kłócę się w internecie oraz piszę o piosenkach dobrych i słabych.