Nie jest tak, że Grzesiek jest wichfinderem, a Paweł warlockiem… – Wywiad z Dopelordem
21 lipca, 2020

Dopelord wydał kilka miesięcy temu znakomity album Sign of the Devil i pandemia wiadomo czego, nie pozwoliła im wyruszyć w trasę. Mimo to chłopaki nie tracą optymizmu i w dniu pierwszego koncertu z nowym materiałem w Warszawie na tyłach klubu Pogłos udało mi się z nimi chwilę pogadać. Paweł Mioduchowski (PW), Piotr Zin (PZ), Grzegorz Pawłowski (GP) oraz okazyjnie człowiek bez którego nigdzie by nie dojechali Yony, opowiedzą wam w jaki sposób można spróbować osiągnąć sukces, o tym jak spędzać artystycznie wolne chwilę w domu oraz o trudach grania przed kamerą. 

Można powiedzieć, że za chwilę wchodzicie na scenę, jakie emocje i atmosfera przed pierwszym koncertem po tak długiej i wymuszonej przerwie? 

GP: Tak naprawdę drugim, ale pierwszym z prawdziwą publiką, więc naprawdę fajnie. To chyba nasza najdłuższa przerwa w graniu jaką mamy. Dziś się nawet zastanawialiśmy nad tym. Ewentualnie w pierwszym albo drugim roku działalności graliśmy mniej.

PZ: W pierwszym na pewno, bo od początku istnienia zespołu pierwszy koncert zagraliśmy dopiero w czerwcu. Więc to może być podobnej długości przerwa.

PM: Ale to nie była przerwa. 

PZ: No dobra ale jak Blondyna odszedł i Walczaka wzięliśmy to pierwszy koncert graliśmy w lutym a Walczak przyszedł w sierpniu. 

GR: No tak wtedy nie graliśmy od maja do lutego. Więc dłużej. Udało się wszystko zweryfikować. 

PM: Tak więc druga najdłuższa przerwa.


GP: W każdym razie kończąc te dywagacje, jest to dla nas olbrzymi kontrast nie grać tyle miesięcy po tym jak graliśmy po 60 koncertów w roku. Jaramy się, a do tego jest strasznie gorąco. 

A jak się grało przed kamerami i dla publiki jedzącej kotleta w lokalu?

PZ: Nie wyobrażałem sobie ich jako jedzących kotleta. Zresztą koncert był na dole więc jak ktoś jadł kotlety wegańskie to na górze i tego już nie widzieliśmy. A jeśli ktoś jadł przed monitorem to elegancko. To jak by sobie familiadę odpalić, zresztą kilka żartów suchych nawet było. Tak szczerze, to trochę dziwnie było. Na początku jest strzał adrenaliny a potem… Na koncercie jest interakcja z publiką i to utrzymuje tę adrenalinę. Jest wymiana energii a tutaj łapię się, że może źle patrzę a może ziewnąłem. Trzeba się bardziej pilnować. 

To jak temat koncertów mamy z głowy to możemy się skupić na płycie. Skąd pomysł na okładkę i czy wpływ miały na nią informacje o wirusie czy to po prostu przypadek, że bardzo nawiązuje do plagi? 

PZ: Dziś mieliśmy jeszcze wywiad w radiu i gadaliśmy nawet o tym. Ja zawsze chciałem mieć taką okładkę a Paweł akurat znalazł człowieka, który był w stanie sprostać zadaniu.

PM: Ta osoba miała być przy poprzedniej płycie, ale Piotrek już miał na nią wykonawcę i koncepcję. 

PZ: W każdym razie okładka nie miała mieć związku z obecną sytuacją. Nie mieliśmy na pewno założenia ściągać czarnej plagi na nasz kraj.

PM: Przy tym albumie było tak, że czas nas trochę gonił, więc pojawił się artysta, który pasował do tematyki i tak wyszło.

A czy cztery postaci na okładce mają jakieś odniesienie do was samych?

PZ: Ich liczba tak. Nie jest tak, że Grzesiek jest wichfinderem a Paweł warlockiem, choć pewnie by chciał. Koncept na początku był trochę inny, miało być czterech doktorów plagi w różnych nakryciach głowy ale to jakoś umknęło w komunikacji i koncepcja się zmieniła. Jest sporo odniesień do tego, że to nasza czwarta płyta, więc cztery postaci pasują idealnie. Nawet znalazłem jeszcze jedno powiązanie, ale jest dla mega psychofanów. 10 marca 2020 więc masz jeden i trzy bo marzec to trzeci miesiąc i daje to cztery, a jak zsumujesz rok to też wychodzi cztery. (w tym momencie Piotrek gestykuluje palcami). Wszystko jest przemyślane. <śmiech> 

Rok temu miałem okazję przeprowadzać wywiad z Tomem G. Warriorem i powiedział mi, że dla niego muzyka to ciągłe eksperymentowanie i poszukiwanie. Słuchając nowego Dopelord mam wrażenie, że nie czujecie potrzeby niczego dodawać do waszego stoner-doomu? 

PZ: Z Tomkiem Walczakiem? <śmiech> Tak Tomasz G Walczak odszedł od nas więc już nie poszukujemy. <śmiech> No a na poważnie, to masz rację. Umówmy się też że ta muzyka z założenia jest wtórna i dziwi mnie, że przy każdej okazji trzeba to mówić. To nie jest gatunek, który powstał po to, żeby ewoluować do stopy disco i ejtisowych syntezatorów. Nie o to tu chodzi. Wtedy przestaje być tym czym ma być ta muzyka. My nie “poszukujemy” i nie planujemy nagle zmieniać się z płyty na płytę. Nasz zespół nazywa się tak jak się nazywa.

PM: Jedyna płaszczyzna do eksperymentów i poszukiwań dla nas to ta związana ze sprzętem. I to też już ograniczamy.

PZ: Jedyne co możemy to zagrać trochę szybciej, lub dołożyć synthowe solo. Nic więcej nie zostanie zdemolowane i słuchacz nie będzie się zastanawiać co jest teraz grane. Nie o to nam chodzi. Tom ma rację i w jego muzyce chodzi o te eksperymenty i to ma sens, w naszej nie.  

Po raz drugi pracowaliście z Haldorem. Syntezatory to jego pomysł oraz jaki jest jego wkład w wasze brzmienie? 

PZ: Jego wkład jest taki, że uchwyca brzmienie, które my myślimy, że mamy z wzmacniaczy i próbuje je jak najwierniej odwzorować podczas nagrania. A do tego stara się sprostać naszym oczekiwania co do brzmienia miksu. Co do syntezatorów, to miał wolną rękę. Pomysł, żeby zagrał był nasz, a chcieliśmy, żeby zagrał bo wiemy, że umie i będzie to pasować.

GP: I pasowało. 

Na albumie pojawia się numer Doom Bastards, który stał się też ostatnio można tak powiedzieć fanklubem. Czy planowaliście malować katany czy wyszło to z nadmiaru czasu obecnie? 

PM: Planowane nie było i wszystko wyszło spontanicznie. Zrobiłem sobie pierwszą katanę, która jest słaba. Jest okrutna. Poświęciłem na nią 15 minut i to było za mało.

PZ: Moja jest lepsza.

PM: Drugą zrobiłem właśnie Piotrkowi i jest lepsza. To zasługa chyba lepszego materiału. No i potem to poszło po prostu. Stwierdziłem, że przysiądę nad tym. Sam fakt siedzenia w domu cały czas chyba mnie do tego skłonił. I tak była trzecia, czwarta, z kolorami itd.

PZ: A, że mamy kanał na instagramie który ma kilku obserwujących, to wygodnie było o tym powiedzieć, żeby Paweł nie umarł z głodu. 

Jak już wspomniałeś o instagramie, to obserwując go widać, że chyba nie jesteście za lubiani na poczcie…

PZ: Jesteśmy bardzo mile widziani właśnie!


Jak ma się to do stwierdzenia, że fizyczny nośnik umiera? Zwłaszcza, że już jakieś nakłady waszego albumu zostały wyprzedane. 

PZ:  No tak, ale umówmy się to nie są takie nakłady jak kiedyś. Mówienie, że fizyczny nośnik umiera ma duży sens. Dla dużych skal. Nie porównasz tego nakładu teraz do lat 70tych. Wtedy mało znany angielski zespół sprzedaje 50 tys. płyt i może nadal pozostawać nieznanym. Teraz gdybyś tyle sprzedał, byłbyś znany na cały świat. Przynajmniej w obrębie gatunku. W naszej niszy jest też swoisty kult fizycznego nośnika. Są ludzie, którzy nie słuchają “muzyki z internetu”. Pamiętam, że na wysokości trzeciej płyty napisał do nas koleś z Finlandii z pytaniem kiedy będzie winyl, bo on nie słyszał tej płyty a minęło ileś tam miesięcy od premiery. Siedzimy gadamy na facebooku a on ma zasadę, że muzyka tylko z winyli. Takich ludzi w tych gatunkach jest dużo. Popatrz na scenę punkową. W każdym razie z naszej perspektywy fizyczny nośnik ma się świetnie, choć globalnie może i umiera. 

No właśnie jak już mówimy o tej niszy i kolekcjonerstwie to jak z tym jest u was?

PZ: Jesteśmy takimi nieudacznymi kolekcjonerami. Choć nie jest też chyba najgorzej.

PM: Ale też nie ma się czym chwalić. Lista na Discogs mogłaby być dłuższa. 

PZ: Tak z 10 razy. Teraz na insta widać, że są ludzie, którzy mają okrutne ilości tego, kiedyś jak mi koleś powiedział ile ma płyt to policzyłem i życia mu nie starczy na przesłuchanie tego. Ale też nie o słuchanie chodzi w kolekcjonowaniu.

PM: Ja przy tym co mam nie jestem w stanie ich przez rok przesłuchać z tym czasem jaki mam.

PZ: Kolekcjonujemy też sprzęt. Wciąż kupujemy coś nowego, nie pozbywając się starego. Mamy tego coraz więcej i trochę nie wiadomo już co z tym robić. Nawet nie jesteśmy w stanie tego zabrać na koncert wszystkiego. Hmmm po co my to robimy?

PM: Nie wiem. Chyba, żeby mieć i żeby zazdrościli. 

Wracając jeszcze do ostatniego albumu, wydaje mi się, że częściej pojawiają się tutaj melodyjne wokale. Gdzieś mi mignęło, że od początku Piotrek miałeś być głównym wokalistą.

PZ: Nie, nie miałem być. Paweł od początku miał być głównym i jedynym wokalistą. Na drugiej płycie przez przypadek coś tam dośpiewałem, a na trzeciej już śpiewałem. A potem doszliśmy do wniosku, że nie umiem drzeć ryja jak Paweł więc będzie darł papę a ja mam  głosik jak zza krypty, który pasuje do melodyjnych części. A czy jest więcej tego na tej płycie? Mamy kilka nieopublikowanych jeszcze  numerów, więc możemy mieć inną perspektywę.

PM: Mam wrażenie, że na albumie jest równy podział tego mimo wszystko. 

Dwa lata temu, była trasa po Polsce nazwana trasą ,,wielkiej czwórki polskiego stonera,, Jak doszło do powstania tego splita i trasy? 

PZ: Nie wiem, kto wymyślił tę nazwę nie uwzględniając Belzebonga. A raczej wiem kto i rozumiem nieco motywację, ale uważam pomysł za dość karkołomny.

Do nagrania doszło tak, że wyrywałem włosy z głowy, żeby to ogarnąć. No i naturalnie po wydaniu go trzeba było grać i go promować. A o tyle łatwo było to zrobić, że wszystkie kapele z powodzeniem koncertują, jeżdżą w trasy. Promotorzy byli zainteresowani i nie było większego problemu. 

Jeśli zaś chodzi o sam pomysł na taki split, to powstał już dawno temu. Chcieliśmy po “Children of the Haze” płycie coś takiego zrobić z Majorami, Weedpeckerem i Belzebongiem, ale ci ostatni nie nagrywają więcej niż wchodzi na album. Swoją drogą oryginalnie to nie był nasz pomysł tylko Michala, naszego słowackiego wydawcy z Heavy Metal Vomit Party. 

A jak doszło do trasy z Saint Vitus po Europie? I jak ją wspominacie?

GP: Bardzo dobrze, to była dla nas duża rzecz. Była to dla nas najdłuższa trasa jaką zagraliśmy i do tego jechaliśmy kamperem. Był to dziwny pomysł ale sprawdził się idealnie. Do tego obcowanie z zespołem o takim statusie, który zainspirował tyle innych zespołów nie tylko w naszym nurcie. Na początku to była dla nas abstrakcja. W każdym razie po różnych wspólnych piwkach i przygodach…

PM: Złamanych kręgosłupach, moralnych i niemoralnych. <śmiech>

GP: …ten nasz odbiór się ich się trochę zmienił i wspominamy to bardzo miło. Mieliśmy wiele przygód. Mniej i bardziej dziwnych. Można by było o tym do rana opowiadać.

PZ: Można ale nie każda się nadaje <śmiech> Było bardzo fajnie, największe i najdłuższe wydarzenie w naszej “karierze”. Tysiące kilometrów, promy, promile, basista Saint Vitus został wyznawcą Amolu. Fajnie było i nie wiem o czym tu mówić więcej. Polecam i jak macie propozycje takiej wycieczki z nimi to jedźcie w ciemno.

Nawet nieprzyjemna sytuacja w Goteborgu tego nie zniszczyła? 

PZ: To było rok wcześniej akurat. OYonemOkradnam busa, wybili szybę, a nawet dwie. Później dowiedzieliśmy się, że cyklicznie i regularnie zespoły są tam grabione. Mieliśmy trochę do siebie pretensje, bo zaczęliśmy myśleć co by było gdyby. 

PM: Szczęście w nieszczęściu, że to tylko część sprzętu, a nie całość. Tak jak miesiąc później Brantowi Bjorkowi zwinęli całego busa, a dwa miesiące wcześniej Fleshgod Apocalypse zwinęli całego busa i spalili.

PZ: Mogło być gorzej. Polecamy to piękne miasto. A trasa z Saint Vitus się tam właśnie, jak na złość, zaczynała, to pamiętam. 

Mój znajomy organizujący na Słowacji koncerty zapytany o to jakie zespoły chciałby sprowadzić odpowiedział: Electric Wizard, Dopelord, Sleep. Jakie mielibyście rady dla młodych zespołów, żeby osiągnąć ten pułap i być wymienianym praktycznie na równi z tymi legendarnymi już zespołami?

Y: Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. 

PZ: Nie mam pojęcia stary. Nie wydaje mi się, żebyśmy byli już na takim etapie. <śmiech> W każdym razie takie rzeczy chyba przychodzą same i nawet nie bardzo wiesz kiedy. Jeszcze niedawno graliśmy tutaj w Warszawie dla trzydziestu tych samych osób, a nagle jedziemy w trasę z Saint Vitus, zagraniczny promotor pisze o nas, że jesteśmy czołówką tego gatunku w Europie i nie wiesz kiedy to się stało. Dwa lata temu jeszcze pisałeś do organizatora Desertfestu, że masz kapelę i chcesz tam zagrać i nie dostajesz odpowiedzi. A potem nagle tam grasz i główny organizator stoi i patrzy na twój koncert, a potem podchodzi i mówi, że było super. To się bierze tylko z tego, że robisz to co robisz. Grasz koncerty gdzie tylko możesz i pokazujesz się publice. Idziesz konsekwentnie swoją drogą, nie robisz gnoju. Każda kapela jadąca za granicę i grająca koncerty nie do pustej sali, powie to samo, bierze się to z konsekwencji i samozaparcia, żeby kilka razy w tygodniu iść do tej zgrzybiałej sali prób i grać w kółko te same numery mimo, że może już nimi rzygasz. Tylko dzięki temu będą efekty. Jednym przychodzi to łatwiej innym trudniej, nie przewidzisz zbiegów okoliczności i szczęścia. Są kapele, które jak dla mnie zasługują na wyższą pozycję niż nasza, a są takie, które są wyżej niż my, a mam o nich złe zdanie. Życie. 

Tak już na koniec, jak wyobrażacie sobie scenę i powrót do normalnego jej funkcjonowania po tej pandemii? 

GP: Trudno sobie to wyobrazić w takim natłoku informacji, gdy nie wiesz już co jest prawdą, a co nie.

PM: Ja jestem zawodowo związany z tą branżą i nie jest dobrze. Wygląda to fatalnie. Tak naprawdę w innych sektorach gospodarki może to jeszcze jakoś wygląda, tak tutaj nie i nie zapowiada się w najbliższym czasie, żeby było lepiej.

PZ: Zobaczymy, mimo, że mamy poprzekładane na grudzień terminy jakoś mam wątpliwości, że uda się je zagrać. I nie sądzę, że nagle po nowym roku się to zmieni. To tak nie działa.

PM: Nie wiadomo jak to będzie nie tylko z klubami i promotorami, ale też z ludźmi. Czy nie będą się bali przyjść, mimo głodu pójścia na taki koncert.

PZ: Nie jesteśmy w stanie przewidzieć co będzie, ale jak wrócą koncerty to spodziewam się, że kible będą czystsze, a ludzie będą myć ręce po sikaniu. Może będzie jakiś delikatny plus tego wszystkiego.

O autorze

Kacper Hawryluk

Kacper Hawryluk

Muzycznie siedzę od elektroniki po eksperymentalny metal. Pogryw na gitarze i bawię się w elektroniczne dźwięki. Możecie mnie spotkać na festiwalach i koncertach w całej Polsce jak i poza nią. Zawsze chętny na perełkę i blanciora.