Dope Smoker – Zeroin [2020] / Stary dobry kotlet
5 sierpnia, 2020

Dope Smoker to swego rodzaju ukryty gem sceny z Wielkiej Brytanii. A właściwie to ukryty gem sceny Europejskiej. Trio z Walii jest znane ze swoich prostych i mantrycznych kompozycji. Od słów ( YEAH! ) i riffów (0 – 7) po okładki i przekaz (Legalise it!). To zespół który wziął sobie do serca ideę stonera, czyli powtarzalność, kradzione riffy, fuzz i święte rośliny. Samym brzemieniem nie zżynają jedynie z Black Sabbath, ziomeczki dorzucają do tej mieszanki też trochę Nirvany.  Z resztą sam Garreth (gitara, wokal), który tworzy całą muzę, powiedział, że grał to samo w latach 90tych, tylko wtedy nazywali to po prostu grandżem. 

Dope Smoker zadebiutował w grudniu 2014go roku niezbyt dobrze przyjętym self-titled. Kolejny ro(c)k przyniósł kolejne trzy płyty, z czego każda kolejna odniosła coraz większy sukces rodząc takie hity jak chociażby Rise Again, Summer czy Colour Blind. Sam zacząłem swoją przygodę od III, która do dziś jest razem z vol. 4 moimi ulubionymi albumami formacji.  To właśnie był okres największej popularności, późniejsze lata przyniosły troszkę gorzej przyjęte płyty, na których zaczął już się całkiem srogi recykling riffów. No, ale to stoner, to Dope Smoker, można wybaczyć. Na moje, ziomeczki z Hemborkshire są ewenementem na nasza scenę. Chłopaki nie pierdolą się w tańcu jeśli chodzi o kompozycje czy riffy, śmiało kradną od Nirvany czy Black Sabbath i Beastie Boys i po prostu to im wychodzi. Mimo prostoty i repetytywności, zespół nie jest nudny, udaje im się wprowadzić w trans, a piosenki nie męczą, bo mają około 3-4 minut.

Zeroin jest inny. Ale i taki sam. Niby są to te same riffy i patenty co na poprzednich płytach, ale coś się zmieniło. Zaczynając od okładki, to nie zobaczymy już ani tafli wody jak na pierwszy czterech krążkach, czy świętej rośliny w zbliżeniu. Jeśli chodzi o aspekty soniczne, to jest to pierwsza płyta nagrana w drop C, czyli wiadomo, jest niżej, jest ciężej, mroczniej. Jest to też pierwsze wydawnictwo, na którym zespół ujawnia swoją tożsamość i ma gości na solówkach.

Wiadomo, że ciężko stworzyć płytkę ‘All killer no filler’, ale Zeroin ma parę killerów. Pierwszym z nich jest tytułowe Zeroin. Pierwszy singiel promujący album, a zarazem chyba najbardziej skoczny i szybki kawałek w całej dyskografii. To po prostu dobry riff, który wyrywa do tańca. Jeśli chodzi o solówkę, to gdy pierwszy raz ją usłyszałem byłem zdziwiony postępem skilla gitarowego Garretha, ale potem zobaczyłem, że to właśnie kawałek z gościnną solówą. Nie mniej jednak solówka jest tutaj miłym zaskoczeniem, bo nadal ma w sobie to za co kochamy solówki DS‘a z poprzednich płyt, czyli zajebiste, powtarzalne licki, a jednocześnie jest dużo ciekawiej zagrana. Kolejnym singlem, który promował płytkę było Go away. I to chyba kolejny z tych killerów. Tutaj z kolei moja ulubiona solówka na płytce, trochę egipska, trochę dopesmokerowa, ale przede wszystkim kozacka. Reszta kawałka no jak cały stary Dope Smoker. YEAH, wiadomo.

Potem wchodzi Back to Zero, czyli wolno i cinszko, nic szczególnego, ale i tak fajno se posłuchać.  Kolejnym kawałkiem jest Colour Blind i powiecie ‘Ej no co ty, przecież już taki kawałek był na ich trzeciej płycie.’ No był. I chuj. Mówiłem, że nowy album jest inny, ale taki sam. No to tutaj jest ten sam kawałek, tylko zagrany niżej i chyba trochę szybciej. Personalnie wolę oryginał jakby ktoś pytał. Lecąc wzdłuż sonicznej listy dalej jest Bush Woods. Miły, powtarzalny, mantryczny wolny riff. Aż stary Dope Smoker się przypomina. Jest to jeden z instrumentalnych kawałków i w sumie to spoko, bo se można pogroović przynajmniej. A, no i jest dużo pisków i feedbacku jak ktoś lubi. Taki stonerowy chillhop lo-fi radio track.

Jadym dali i mamy Fifty Weapons, w którym to znajdziemy jeden z niewielu nowych riffów na płycie. Mimo to, coś mi nie gra w tym kawałku, może jest lekko za szybki, a może przejadły mi się już te same sample wokali. Nie wiem. Siódmym na liście jest kawałek o nazwie Severn. Ma też siedem minut i siedem sekund. No wiadomo, humorek. Jeśli chodzi o samą wartość soniczną, to mnie osobiście nic w nim nie porywa na trzeźwo, ale percepcja się zmienia w innych stanach. Po nim usłyszymy Black Nirvana, która mocno przypomina riff z Severn, tylko dużo bardziej groovi i ja traktuje go jako trzeci killer. To też chyba pierwszy raz jak ten riff występuje w dyskografii, ale aż takim znawcą nie jestem. W odpowiedzi do tego dalej na setliście jest Stoned Nirvana, czyli dwie minuty feedbacku. Tak o, bo można. Płytkę zamyka remix. Zgadnijcie czego. No? Pomysły jakieś? Colour blind. Tak. Po raz drugi na płycie. I po raz wtóry w dyskografii. Można? A jak najbardziej, kto im zabroni? Zaspane zjarusy? Doomerzy srający pod siebie na grupkach na fb? Tak myślałem.

Jakoś wypadałoby zamknąć tę recenzję. No powiedziałbym, że to po prostu kolejny album Dope Smokera. Taki o, trochę fajny, trochę nie, nie wiem. Coś jak nowy Tool. Sam wracałem parę razy, ale raczej do poszczególnych kawałków. A kto wie, może lockdown corona wirusowy zaowocuje kolejnymi albumami w tym roku, tak jak to było w 2015 roku. Ode mnie to tyle, zapraszam do swoich odsłuchów w wiadomych stanach i całkiem głośno. Do następnego. 

Z fartem, Cebula

O autorze

Cebula

Cebula

Redaktor naczelny

Perkusja i wokal w The Howling Eye i współzałożyciel Sekcji stoneru. Znajduję ogromną przyjemność w prostych rzeczach jak dobre jedzenie, poranne słońce, miękki kocyk, czy stonerowe riffki.

Stoner to wolność, stoner to jazz.