„10,000 Years”10,000 YEARS – koncentrat sludge’u rozcieńczony pustynnym stonerkiem. Przystawka czy od razu danie główne?
21 sierpnia, 2020

Ach, najlepsze są właśnie takie niespodzianki. Siedzisz zagubiony pośród utworów uśmierconych codziennym mieleniem, utworów które swoją obecnością na liście „do nadrobienia” przytłaczają i nie pozwalają jasno się zdecydować, w końcu utworów które mieszają się w jednorodną ciecz sączącą się niby z głośników, ale też momentalnie parującą. I nagle zza rogu wychyla się niepozornie album taki jak ten.

10 lipca 2020 roku zespół 10,000 Years z Västerås w Szwecji wydał swoją pierwszą EP-kę zatytułowaną po prostu 10,000 Years.

Znakomity jest to krążek, nie zapomnę go długo. Tak bezkompromisowo surowy, przetaczający się jak zerdzewiały walec przez pustynię. A jednocześnie zawiera też to co najlepsze w pokrewnych podgatunkach: jest tu pewna „nośność”, którą posiadają zespoły southernowe, oraz riffy, ach te riffy, które wchodzą w głowę i masakrują jej zawartość. Znakomite to robi wrażenie.

10,000 Years zaczyna z przytupem za pomocą utworu „Albatross Landing”. Prosty i rytmiczny, a głowa sama lata w tę i we w tę. Jak na mój gust, jest to idealny sludge „środka”, posiadający kombinację tych cech podgatunku, które najbardziej w nim cenię. Jest ostro, jest hardcore’owo, ale wciąż bliżej nam do stonera czy nawet do samego doomu, niż do efekciarsko zwolnionego thrashu z fuzzem na gitarze. Aż sam nie wiem kiedy minął pierwszy kawałek, a tutaj już drugi – „Master Of Oblivion”. Wolniejszy, z większym naciskiem na riff niż rytm. Oszczędny wokal, ale ten element też mi się podoba. Nie zmienia całości ani w pub rocka, ani w punk. Sprawnie spełnia swoje zadanie, trochę jak Peter Steele w Carnivore. I kolejne przejście! Nagle znikąd pojawia się „Lee Van Cleef”. Ależ to biegnie. Zadyszka to byłoby zbyt mocne określenie, ale to jest chyba na razie najsłabszy kawałek. Ledwie przedłużenie dwóch poprzednich, natomiast jest na tyle krótki i przyjemny że czepialstwo byłoby tu zbyt absurdalne. „Into The Jaws Of The Green King” – no to znalazło się też miejsce na szatana. Huh, ciarki. Ta piosenka ma w sobie coś bardzo smacznego jak na, mam nadzieję, nie tylko moje gusta. Zgrabnie przechodzi z klimatu złowieszczego i niepokojącego w klasyczny stoner oparty na bluesie. Ot tak, bo czemu by nie. Na budziku ostatnia piosenka, w której niespodziewanie drastycznie zwalniamy – „From Suns Beyond”. Wyciszamy się podtrzymując jednak ten kontrolowany i intrygujący niepokój. Pięknie jest to prowadzone z minuty na minutę, a ile się tu dzieje!

10,000 Years” to EP-ka znakomita. Robi to co EP-ka powinna robić – jest skondensowanym przesłaniem płynącym w świat z treścią „właśnie tworzy się coś wielkiego, czekajcie na nas”. Nie spodziewałem się, że wywrze na mnie tak duże i tak pozytywne wrażenie, tym bardziej że sludge nie jest moim konikiem, a stoner lubię tym bardziej, im mniej jest metalowy. Ale to czego właśnie wysłuchałem i to czym się właśnie z Wami dzielę, to coś na co zdecydowanie powinno się zwrócić uwagę. Tym bardziej, że album ma ledwie kilka tysięcy odtworzeń w Youtube, a jest to po prostu jakieś nieporozumienie. Dajcie 10,000 Years szansę. Choćbyście mieli zachwycić się nimi tylko w 50% jak ja i tak będzie warto.

O autorze

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Student psychologii. Humanista. Fan podróży, historii, kina i przede wszystkim muzyki. Szarpidrut od indie i upalonego bluesa. Lubię rum, kuchnię śródziemnomorską, psychodelię i Bałkany. W wolnych chwilach kłócę się w internecie oraz piszę o piosenkach dobrych i słabych.