„The Burning Brain Band” The Burning Brain Band – trochę nauki, trochę okultyzmu.
23 sierpnia, 2020

Siedzisz sobie na nocce w pracy i z rozdziawioną bezmyślnie miną przeglądasz serwisy plotkarskie w poszukiwaniu informacji o tym, w jaki sposób gwiazda serialu „Policjantki i policjanci” świętowała 20. rocznicę ślubu. Nagle orientujesz się, że sączące się w tle indie popy powtarzają się chyba już po raz czwarty i nie ma rady, trzeba zmienić kartę i coś kliknąć by algorytmy YouTube’a dostały jakieś wyzwanie. A może stoner? A może nie? A może i tak i nie?

Ja to jednak prosty jestem. Widzę „Kopernika” Stanisława Szukalskiego użytego jako okładka albumu – kliknę, spróbuję, zainwestuję. Bo przecież to wspaniały pomysł. Jeszcze nie przesłuchałem ani jednej nuty, a już mam ciary! Błagam, nie zepsujcie tego, nie ważcie mi się tego zepsuć. Bo znajdę i Perłę podmienię na Carlsberga.

16 marca 2020 roku amerykański zespół z Columbus w Ohio The Burning Brain Band wydał swój pierwszy album będący self-titled.

Gdzieś tam w USA, gdzieś tam w Ohio, byli sobie chłopcy i łupali stonera. Nazywali się Druid. I o dziwo nie były to lata 70-te, a zespół ten wcale nie udawał, że gra jak Yes. Co się stało, że zmienili nazwę? Ano, jak sami twierdzą, zechcieli zerwać łańcuchy łączące ich nowe piosenki z konwencją bardziej klasycznego stonera, którego uprawiali od 2014 roku. Powrócili inspiracjami do mniej intensywnych rejonów: Pink Floyd, Kraftwerk, Taste, Led Zeppelin czy Hawkwind. Zestaw dość uniwersalny, mówi wiele i nie mówi nic. Pojawiła Ci się w głowie obawa, że to muzyka grana przez tatuśków wychowanych na Trójce? Nic z tych rzeczy, spokojnie.

Ale zanim o muzyce. Pan Mariusz świętował 20-lecie ślubu na uroczystości łączącej małżeński jubileusz oraz osiemnastkę córki. Nieźle to wykombinowali, trzeba przyznać. Pewnie dzięki temu zaoszczędzili co nieco. Może nawet postawili Wyborową zamiast Krupnika, kto wie. Niestety copywr… tzn. dziennikarz nie dociekał za bardzo co było na stole, a skupił się na komentarzach dotyczących odświętnych ubrań jubilatów. Toż to skandal. Człowiek zamiast zrelaksowany, to sfrustrowany zacznie teraz słuchać albumu.

Okładka, ach ta okładka. Chciałbym w tym momencie studiować historię sztuki. Studenci tego kierunku mają taką wspaniałą lekkość w opisywaniu ładnych rzeczy, prawda? Ale to co jako laik mogę powiedzieć to to, że album zapowiada się dzięki warstwie graficznej tajemniczo. W którą stronę pójdziemy? W sztampowe klasycyzmy i powielanie Witchfinder General? A może weźmiemy na warsztat Ghost i zrobimy to najgorzej jak się tylko da – czyli na poważnie? Nie, nie straszcie mnie, że poudajemy barokowego proga. Proszę, niech to będzie tak eklektyczne i dojrzałe jak podpowiada mi wyobraźnia, proszę.

The Burning Brain Band zaczyna delikatnie utworem „Launch Sequence”. Nie jest efekciarsko, ale też nie ma przesadnej pompatyczności. Pierwsze skojarzenia? Trochę jak gdybanie nt. przygód Scooby’ego Doo i jego ziomali na innej planecie. Albo na księżycu. Z kosmitami zamiast duchów. Wchodzimy w świat pierwszych wielkich astronomów, którzy uprawiając naukę byli jak złowieszczy czarnoksiężnicy dla współczesnych im ludzi. Niby instrumentalny acid rock przeniesiony z lat 70-tych, a krystalizuje się tu jakiś konkretny styl. Coś, co jest na swój sposób charakterystyczne i inne. A najlepsze ile skojarzeń nasuwa tu głowa. Wszystko tak wymieszane, a jednak jakby z jednej bajki i jednego mianownika – którym niewątpliwie jest narzucająca kontekst okładka. Drugi utwór „Brain Food” ma taki klasycznie heavy rockowy feeling. Wokal w manierze jest dość nowoczesny, a tło instrumnetalne w stylu retro. Czy to się spodoba? Trudno powiedzieć. Uważam, że jest przyjemny. Bardzo piosenkowy, ale też bezpretensjonalny, dlatego mimo iż nie zwala z nóg kompozytorskim geniuszem to nie chce się go przewijać. „Bolero/Floating Away” to dowód na to, że dość celnie trafiłem wcześniej z tym Ghostem. Słychać, że inspiracje Tobiasa Forge’a i panów z The Burning Brain rozbiły się o sąsiednie wyspy. Te klasycyzujące melodie, wplatające gdzieniegdzie kontrolowane dysonanse mają w sobie jednocześnie mrok i pociągający urok. A gdy wchodzi wokal przywodzący na myśl irlandzki folk lub raczej jakąś zapomnianą kołysankę robi się magicznie i nastrojowo. „Interlude (Still Running)” to Vangelis, który przesadził z kofeiną i pomylił studia wchodząc przypadkiem do Floydów nagrywających „The Dark Side Of The Moon”. Wchodzi „The Dreamer” i tu zaskoczenie – art rock lat 70-tych, ten z gatunku trochę zbyt rozpasanych. Balladka. Przyjemna, ale wydaje się być przydługa. Nie poświęcę jej zbyt dużo uwagi, bo nie będę się silić na obiektywizm. Usłyszycie, ocenicie. Natomiast co wieńczy album? „Parchman Farm”. No dobrze, wiem że to poskładanie do kupy czegoś co już słyszeliśmy m.in. na debiucie Black Sabbath i że nie jest to przełom w muzyce, ale po folkowej balladzie (która, przypomnę, trwa trochę za długo) dodaje więcej życia. Coś się tu znowu dzieje! I dzieje się tak, jak sabbaciarz lubi najbardziej. Nawet tutejsze wokalizy udają trochę zawodzenie Ozzy’ego. I nagle… gdy gitarzysta rozkręca się w swoich jazzo-blueso-podobnych solówkach… koniec. Zaskoczenie, trzeba przyznać. Czy pozytywne? Trudno powiedzieć.

The Burning Brain Band” to album dziwny. Zaczyna się i mniej więcej do połowy brzmi tak, jakby zapowiadał nową falę popularności acid czy occult rocka. Ale gdzieś po drodze rozmywa się i traci tą świeżość, którą zdawał się mieć na początku. Czy jest to album słaby? Nie powiedziałbym. Jest po prostu bardzo nierówny. W pewnych momentach gatunkowy misz-masz zdaje egzamin, w innych natomiast sprawia wrażenie muzycznego bingo na zasadzie: „jakie zespoły które lubimy trzeba jeszcze odhaczyć?”. Życzę jednak jego twórcom, by drugi album był tym który wskaże im ścieżkę, na której będą się czuć najlepiej, bo potrafią kreować atmosferę inną od wszystkich, potrafią narzucać kontekst i przemawiać do wyobraźni. Wydaje się jednak, jakby nie mieli pomysłu na całość lub jakby mieli takich pomysłów zbyt wiele. Ale za co będę im najbardziej wdzięczny to, że dzięki nim siedząc o czwartej nad ranem w pracy przestałem myśleć o tym, jak wyglądało przyjęcie zorganizowane przez p. Mariusza z „Policjantek i Policjantów”. No nie. Znowu o tym myślę.

O autorze

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Student psychologii. Humanista. Fan podróży, historii, kina i przede wszystkim muzyki. Szarpidrut od indie i upalonego bluesa. Lubię rum, kuchnię śródziemnomorską, psychodelię i Bałkany. W wolnych chwilach kłócę się w internecie oraz piszę o piosenkach dobrych i słabych.