FernandeF – Demo EP 2020
28 sierpnia, 2020

Dajcie im czas na jedną-dwie płyty i (o ile dożyją) to będzie konkret zespół na naszej scenie. Na demówce słychać dużo ciekawych rzeczy, które, gdy zostaną odpowiednio rozwinięte mogą okazać się naprawdę wyjątkowe, bo póki co chyba u nikogo rodzimego nie słyszałem jeszcze takiej kombinacji. Przypomina to trochę The Sizlacks, trochę The Babe Rainbow, a nawet takich starych wyjadaczy jak Liquid Sound Company.

Na początku zaznaczę, że bardzo żadko słucham demówek. Z zajawki obczaiłem sobie tylko All Them WItches – extra pleasent, i jakieś tam wczesne wysrywy od Stoned Jesus, co wrzucali na spotify. O ile mnie pamięć nie myli, to tyle. Nie wiem więc jak do nich podchodzić, a tymbardziej pisać o nich recenzji. Nie mniej jednak, dla was zrobię co mogę, ale weźcie na to poprawkę.

FernandeF to nowa kapela z Kielc (scyzoryk), która podesłała nam jakiś czas temu swoje demko do recenzji na Sekcję. Gdy pierwszy raz ją odpaliłem, to zniechęcił mnie miks. Coś tam przesłuchałem na Bandcampie, ale nic mi w pamięci nie zostało. Nic poza tym, że grają jakiś tam funk. Parę miesięcy później, gdy nikt jeszcze nie podjął się recki tej płytki, stwierdziłem, że wezmę ją na warsztat podczas podróży pociągiem. I kurde nie mogłem chyba lepiej trafić, bo jest to muz znakomita do takich podróży.

Wszystko zaczyna się dziwnymi dźwiękami feedbacków i różnych dzikich efektów, co mogłoby się wydawać, że nie zabardzo pasują do spokojnej i wesołej muzyczki którą słyszymy, ale jednak nie. To pasuje. Po trzecim przesłuchaniu wiem, że to intro ma nam wyczyścić umysł i wprowadzić w fajny stan, gotowy do słuchania. Gdy już nasze uszy przetrwają niezbyt przyjemne intro, zaczyna płynąć rzeka spokoju i błogości. Piękne, spokojne akordy na gitarce z dileyem otwierają kawałek Celestial. To nadaje tonu płytce. Jest spokojnie, lekko i płyniemy. Tak wygląda większość kompozycji, które zbudowane są jak mogłoby się wydawać na jamach. Od czasu do czasu panowie wplatają tutaj funkowe partie, które raz bardziej, raz mniej, ale nadal groovią. Drugi kawałek Hazey Dreams wyłamuje się trochę z sielanki zaprezentowanej w otwierającym numerze i brzmieniowo przypomina trochę starego polskiego rocka. Ja zbyt dużym fanem takiego brzmienia nie jestem, ale tutaj czuć, że chłopaki dobrze się bawią grając to i jakoś mam wrażenie, że bije od tego kawałka taka swojska beka, która tylko dodaje tej kompozycji.

Trzeci kawałek Fragile Fairy Blue pokazuję troszkę ciemniejszo-psychodeliczną stronę demka. Tutaj zajeżdża mi już ostro Liquid Sound Company czy Bad Liquor Pond, ale to dobrze, bo to fajne zespoły. I to dobrze, bo u nikogo na polskiej scenie tym nie zajeżdża. Pojawia się tutaj poszerzone instrumentarium o sitar i perkusjonalia. To dodaje bardzo dużo tej kompozycji. Jeśli chłopaki będą w stanie tak zagrać na żywo, to mogą nam zafundować naprawdę niezły odlot. Niestety muszę się przyczepić do czegoś, żeby nie było tak kolorowo. Jest to wokal, którego największym atutem jest to, że wchodzi tak późno na demku. Słychać, że chłopaki naprawdę się postarali, żeby brzmiał on jak najlepiej, ale jak dla mnie to jest on co najwyżej akceptowalny. Gryzie się z partiami i z pasmem gitary przez co męczy bułę. Miejmy nadzieję, że to po prostu kwestia miksu. Podobne odczucia (choć wokal wypada tam kapkę lepiej) mam o kolejnym kawałku Nothing ever happens to me, więc nie będę się nad nim rozwodził. Kolejne jest Magnitudo. Za każdym przesłuchaniem coś mi nie grało przy tym kawałku. Jest niby płynący, ale nie jest taki swobodny jak poprzednie. Jest tutaj dużo więcej efektów, przez co kawałek jest trudny w odbiorze i po prostu męczy.

Demko zamyka Sky High, które powraca do klimatu z 3 pierwszych utworów. Fajny funkujący groovik, aż nóżka sama tupie. Fajno se płynie, fajno brzmi nawet, gdy chłpaki trochę odpływają w szybsze partie wszystko dalej jakoś idzie, chociaż zmierza w coraz bardziej ‘odjazdowym’ kierunku. Jest tu też wokal, ale właściwie to mogłoby go nie być. A może to kwestia gustu i ja już się przypierdalam. Tę kompozycję zamykają szumy i feedbacki, które mam wrażenie są albo dobrą klamrą w połączeniu z intrem albo doskonale przechodzą w intro, tak, że wydawnictwo się właściwie może być słuchany na zapętleniu.

Jak już się czepiać, to do miksu, ale skoro to demko to, nie będę zbyt cięty. Powiem tyle, że brzmienie męczy. Jest to za sprawą przesaturowanych garków i dużych różnych między partiami gitarowymi. Zwłaszcza jednak męczy brzmienie wokalu. Czasami próbują chłopaki go ratować zdecydowanie zbyt dużą ilością efektów, a czasami coś w nim po prostu nie gra. Może to przesiać potencjalnych fanów, a tych myślę powinno przybyć sporo po wydaniu czegoś poważniejszego, bo materiał brzmi na całkiem kurde solidny choć jak na demko, zbyt długi.

Słychać też, że chłopaki mają pomysł na siebie zarówno od strony brzmienia, produkcji, jak i kompozycji, co jest tylko na plus, bo nie sa kolejną kopią Electric Wizzard czy nudnym DoomowoJammowymWeedZespołem. Nic tylko życzyć powodzenia i wytrwałości. Ja osobiście jestem bardzo ciekaw jak to zabrzmi na czymś pełniejszym, prz czym mam nadzieję, że chłopaki uderzą w te spokojniejsze, rozlazłe strony z Celestial, tylko jeszcze fajniejsze.

Trzymajcie się w tym świecie

Cebula

O autorze

Cebula

Cebula

Redaktor naczelny

Perkusja i wokal w The Howling Eye i współzałożyciel Sekcji stoneru. Znajduję ogromną przyjemność w prostych rzeczach jak dobre jedzenie, poranne słońce, miękki kocyk, czy stonerowe riffki.

Stoner to wolność, stoner to jazz.