The Howling Eye – Sonorous – o tym, jak smakuje stonerowe hipsterstwo i dlaczego smakuje tak dobrze.
2 września, 2020

Wałkując kilka tych samych albumów, znając je nuta w nutę czujemy się błogo i bezpiecznie. Smakujemy geniusz zaklęty w dźwiękach, które stały się soundtrackiem do naszych żyć. Myślimy, że nie ma wyższej formy uwielbienia niż kontakt stały, kontakt jak najbliższy. Bo po co przerwy? To wydaje się nielogiczne, dopóki nie przychodzi taka chwila, gdy zapoznajesz kogoś nowego z tą muzyką. I widzisz, że sprawia mu ona radochę jakiej Ty już nie pamiętasz.

Obserwując mniej lub bardziej suche śmieszki na grupkach dla stonerowców, które rozumieją tylko wtajemniczeni i wypominając sobie nienadrabianie muzycznych zaległości, dochodzisz w końcu do ściany. Albo zmusisz się, by zanurkować w głębi nut i myśli bardziej z kronikarskiego obowiązku niż szczerej chęci, albo znowu to zignorujesz, odpalisz kadzidełko i włączysz po raz ósmy „Las Vegas Parano”. Jednak nawet ja, który szczycę się, tak, szczycę się tym że nie znam dużej części klasyki, odkryłem że jest też trzecia droga: zmuś się, ale tylko trochę, ale tylko na początku, tak żeby spróbować i zobaczyć co dalej.

15 maja 2018 roku Bydgoska ekipa The Howling Eye wydała swój pierwszy album długogrający – „Sonorous”.

Przewijał się ten album tu i ówdzie, oj przewijał. W końcu nad nim usiadłem. Co mnie do tego skusiło? Pewnie okładka sugerująca, że odnajdę tu psychodeliczny kosmos. Tak, zachowałem się jak bezmyślny konsument szukający jedynie logotypu na produkcie. Ale nie rozczarowałem się! Miałem nadzieję na trochę niezłego jammowania, a dostałem coś więcej – dostałem kilka różnych twarzy współczesnego stonera, z których każda spokojnie mogłaby być tą jedyną. „Sonorous” to zaskakująco dojrzały przykład tego, że chcąc ***** stoner można to robić z klasą, rzetelnie oraz bez wałkowania tego samego ciągle i wciąż. Tam gdzie młode zespoły odpuszczają ciągnąc swoje transowe odloty przez kolejne minuty by zapełnić albumy, tam właśnie The Howling Eye uderza z kopyta. Gdy myślisz sobie „Aha, no to już rozumiem…” wchodzi następna kompozycja, która wywraca zrozumienie do góry nogami. Myślicie sobie, że w takim razie pewnie jest tu jakiś bałagan? Nie, nie, wręcz przeciwnie. Zaznaczam też, że nie słyszałem innych dokonań zespołu, więc nie będzie tu porównań do czegokolwiek. Pozwólmy się zaskoczyć.

Zacznijmy od tego co widać – okładka. Prosty pomysł i prosty zabieg, który dobrze działa. Tam gdzie spodziewalibyśmy się planety widzimy kosmos, a tam gdzie spodziewalibyśmy się kosmosu widzimy powierzchnię planety. Albo czegoś innego, trudno zgadywać – można tylko gdybać i puszczać wodze fantazji. Poczułem tu przede wszystkim inwersję, zabawę perspektywą i przestrzeń – klucz do muzyki z jaką za chwilę się zapoznamy, bo właśnie ta potęga przestrzeni będzie nas na zmianę czynić upojonym wolnością oraz przytłoczonym jej ogromem.

The Howling Eye atakuje gęstym i intensywnym „Kairos”, które prezentuje na wstępie paletę brzmień, z jakimi będziemy mieć tu do czynienia. Jest tak mięsiście, jak powinno być w knajpie serwującej steki gdzieś przy autostradzie na pustyni. Choć i tak najbardziej lubię tę przyczajoną miniaturkę, w której perkusja wycofuje się by gitarzysta mógł się pobujać z funkowymi akordami, a basista pokiwać głową do echa bliżej niezidentyfikowanej dyskoteki. Ledwie się obejrzymy i już przeskoczymy do „Stranded”. Przyspieszamy wchodząc do kabiny walca o nazwie Kyuss. Lecz co to się dzieje gdzieś w połowie? Czy to halucynacje z przegrzania? Nie, to wchodzi kosmos. Niesamowite jak tu jest delikatnie i subtelnie. Echa i jęki dochodzą z różnych stron głowy, perkusja paranoicznie chwyta się rytmu by zaraz od niego odchodzić, a jedynym łącznikiem ze światem rzeczywistym jest transowy bas. Szmery i szepty cichną… by przejść w nowy początek jakim jest utwór „Reflections”. Myślę, że moje rozważania nt. okładki znajdują sens właśnie tutaj. Perspektywa. Większość innych albumów rozpoczęłaby się właśnie od „Reflections”, ale dzięki temu że wysłuchaliśmy wcześniej szybszych i cięższych kompozycji ta zdaje się być jeszcze bardziej delikatna. Choć oczywiście ma swoje momenty przypominające, że jedną z łatek jakie można nadać tej muzyce jest metal. Może bardziej jako rama, jako punkt wyjścia, ale wciąż z ciężarem i brudem. Zaskakujące ile się dzieje, mimo że słyszymy ledwie trzy instrumenty.

The Potion” skręca w niespodziewanym kierunku: jest tu lekkie jazzowanie. Toż to istna uczta dla uszu, jakie zrozumienie i jaki feeling między panami z The Howling Eye! Ile przestojów i zabawy nastrojem – z blues-pubu dla kierowców ciężarówek do jazzowych szaleństw w golfie i z lampką wina w dłoni, z narkotycznego bujania na koncercie przepoconych metali do kwiecistego surf rocka a’la Dick Dale. Po prostu: wow! I tylko tyle mam do powiedzenia na ten temat.

A gdy już nie wiesz czego się spodziewać, wjeżdża kolos pt. „Weedblazer”, który jest kropką nad „I” dla eklektycznych inspiracji zespołu. Zabawa klasycznymi spacerami po gryfie Tony’ego Iommi’ego i kolejne odejście w stronę kosmicznych odlotów. Wszystko to zalane jednym sosem, wszystko ma swój wspólny mianownik i ani na chwilę nie ma się wrażenia, że jest tu jakiś bałagan, że jest tu chaos. Jeśli nie rytm, to melodia budowana jest tak, by każda kolejna część kompozycji z czegoś wynikała i do czegoś dążyła. Kolejny raz to powtórzę: perspektywa. Końcówka albumu to czysty niepokój – ładna melodyjka? Kończy się w nieładny sposób. Żywy rytm? Towarzyszy mu jęcząca, jakby cierpiąca gitara. Aż następuje finał. Dziwnie wesoły jak na to przez co przeszliśmy, ale czy to nie o to właśnie chodziło autorom tych utworów? By słuchacza jednocześnie karmić jego własnymi oczekiwaniami, na zmianę budować je i burzyć?

Sonorous” to album bardzo solidny i pełen smaczków, które fan gatunku na pewno wychwyci. Nie ma wątpliwości, że jego autorzy żyją stonerem i każdymi jego odmianami. To co może być jego wadą, to to że kierowany jest do dość hermetycznego grona odbiorców, do stonerowców i to tych, co wolą kadzidełko od browara. Ci na pewno usłyszą i docenią eksplorowanie oraz poszerzanie granic wytyczonych przez ikoniczne płyty weteranów tej muzyki. „Sonorous” to mały kawałek sztuki, tej dla freaków, ale sztuki. Bezapelacyjnie jest to coś innego od reszty i coś co trzeba brać pod uwagę.

A morał tej historii jest taki: czasem warto jest zatrzymać się, porozglądać i docenić to, co mamy na wyciągnięcie ręki. Lepiej późno niż wcale. Nawet jeśli nie mówimy o poszukiwaniu szczęścia czy rozwoju osobistym a, kurwa, o muzyce dla ćpunów.

O autorze

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Student psychologii. Humanista. Fan podróży, historii, kina i przede wszystkim muzyki. Szarpidrut od indie i upalonego bluesa. Lubię rum, kuchnię śródziemnomorską, psychodelię i Bałkany. W wolnych chwilach kłócę się w internecie oraz piszę o piosenkach dobrych i słabych.