Blues Pills – Holy Moly! (2020)
12 września, 2020

Kobieta, taniec i śpiew. Dużo tańca.

Z Blues Pills różnie bywa. Epka Bliss była pełna surowizny, odlotów psychodeliczno-bluesowych no i naprawdę motznego groovu. Stało się to za sprawą sekcji rytmicznej acid rockowego trio Radio Moscow, które w połączeniu ze Szwedką Elin Larsson, której moc głosu jest wyjęty rodem z lat świetności acid rocka i można go stawiać obok Janis Joplin czy Grave Slick (Jefferson Airplane), dawał muzyki tak dobrej, że aż ciężko było się oderwać. Potem przyszedł czas na podpisanie kontraktu z Nuclear Blast, co spowodowało wygładzenie brzmienia na ich pierwszym LP – Self-titled. Nie powiem, na początku nadal się jarałem i katowałem swojego CDka, ale teraz, po sześciu latach, nie jestem w stanie słuchać jednej piosenki z tego krążka. Jest zbyt… popowo?


W 2016 roku grupa wydała kolejny album, Lady in Gold. Pomimo że ten album miał zdecydowanie lepsze wyniki w notowaniach w całej Europie, no ni chuja mi nie siadł. Za dużo soulu, za dużo nuclear blast, za dużo popu, a za mało surowizny rock’n’rolla i bluesa, których było pełno na Bliss. Ten krążek pogrzebał moją miłość do Szwedzkiej grupy. Straciłem nadzieję. Dlatego, gdy wyszedł singiel Proud Woman, promujący nowy album, przesłuchałem raz i miałem takie “no niby bardziej, ale nadal meh”, tym bardziej że słyszałem o odejściu ich poprzedniego gitarzysty Doriana Sorriauxa, ale potem posłuchałem całości.

Słodki Jezu, jak ten krążek groovi! Od początku wjeżdża na pełnej i zwalnia gdzieś w połowie (nie licząc kawałka California). Przez pierwsze parę kawałków nie można robić nic innego, tylko tańczyć. Jest tutaj tyle energii, której brakowało od czasów EPki, że można wybaczyć im mocno zamulające Lady in Gold. Płytka dosłownie pakuje nas srogą dawką rytmicznego hard rocka i bluesa, przez co doskonale nadaje się do jeżdżenia na rowerze do/z roboty albo wykonywania jakichś innych prac fizycznych. Znajdziemy tutaj też parę ballad miłosnych, które są już chyba nieodłączną częścią Blues Pills. Jedni lubią, inni nie. Ja uważam, że dobrze równoważą szybsze momenty płyty, ale same w sobie jakoś mnie nie przekonują. Ot takie zwyklackie kawałki dla mam co lubią soul, popisy wokalne i winko. Płytka ma też takie momenty, które zawsze przewijam, jednym z nich jest twór, który za bardzo próbuje być chwytliwy i mu to straszenie nie wychodzi, czyli Bye Bye Birdy, a kolejnym jedna ze wspomnianych ballad, czyli California.

Mimo wszystko jest to krążek, na którym jest więcej dobrego niż złego. Refreny zostają w pamięci, można sobie pośpiewać np. sprzątając chatę. Zdecydowanie jest to płytka dla tych bardziej rockowych, niż metalowych słuchaczy. A można nawet powiedzieć, że bluesowych. Czuć też tu trochę soulu, zwłaszcza w balladach, co na pewno sprawia, że jest to krążek bardziej przystępny dla szerszej publiki, choć czuć, że zespół wrócił trochę do swojej pierwotnej surowości. Jakby chcieli się przypodobać fanom Bliss. I dobrze. Mnie się przypodobali.

Jeśli chodzi o samo brzmienie, to w gitarze nie czuć braku Doriana, mimo, że gitarzystą jest powalającym i ma swój styl. Jego rolę przejął współzałożyciel zespołu i dotychczasowy basista Zack Anderson (Radio Moscow) i moim zdaniem stanął na wysokości zadania. Gitar jest całkiem sporo, dużo solówek, dużo akordów, dużo leadów, ale wszystko to jest doskonale wyważone za pomocą produkcji. Mimo że ścieżek jest od cholery, to nie gryzą się, a mają naprawdę fajne warstwy. Co do całościowego brzmienia, to słychać analogowy stół, taśmę, dużo saturacji, czyli ogólne retro-rockowe podejście. Jak na moje, to jest kurde tak, jak powinien brzmieć ten zespół.

Kończąc już ten przydługi wysryw, nowy krążek Blues Pills – Holy Moly! jest intensywny i na pewno potrzeba do niego odpowiedniego nastroju. Jest blues, jest groove, są solówki, jest przekozacki wokal Elin, no kurde, czego chcieć więcej? Mnie kupili, więc ja teraz jadę kupić ich album do sklepu. Na rowerze. Słuchając ich.

Trzymajcie się tam w tym ciężkim świecie.


O autorze

Cebula

Cebula

Redaktor naczelny

Perkusja i wokal w The Howling Eye i współzałożyciel Sekcji stoneru. Znajduję ogromną przyjemność w prostych rzeczach jak dobre jedzenie, poranne słońce, miękki kocyk, czy stonerowe riffki.

Stoner to wolność, stoner to jazz.