All Them Witches – Nothing as the Ideal (2020)
16 września, 2020

Szósty album studyjny chłopaków z Nashville to przede wszystkim ich pierwszy album jako trio. Amerykanie na dobre pożegnali się z klawiszowcem już podczas grania trasy po Polsce w 2019 roku, co wzbudziło mieszane uczucia fanów. Nothing As The Ideal pokazało środkowy palec wszystkim malkontentom.


Ostrzegam od razu, że jestem turbofanem ATW i recka może być długawa.


O singlach słów parę

Na początku wyszło IxI, czyli utwór, który nie trafił na płytę. Z początku myślałem, że to singiel zapowiadający płytkę i się troszkę zawiodłem. Było ciężej, metalowo, za mało bluesa i psychodeli. Kurde, no miałem problem i było mi smutno. Potem przyszło Saturnine & Iron Jaw, jadę autobusem i odpalam na słuchawkach. Piękne intro i nagle JEB. Znowu metal. Co do chuja? W ostatnich dwóch minutach kawałek wraca na bardziej bluesowe tory i brzmi git. Dotarłem do kumpla i słuchamy tego jeszcze przynajmniej z 4 razy. Byłem zmieszany i nie wiedziałem co o tym myśleć, więc stwierdziłem, że dam sobie spokój z singlami i posłucham całego albumu, jak wyjdzie.

Dzień premiery
Jest 4 września, dzień premiery. Wstaję rano i wiem, że czeka mnie dzisiaj 8 godzin zmywania naczyń. Taka praca. Ale wiem, że dzisiaj wychodzi nowe ATW, więc zbroja obsrana. Ubieram się, biere rower i pedałuje do największego sklepu z muzą w okolicy, czyli Rough Trade. Przyjeżdżam na miejsce, żeby zobaczyć ostatnią kopię CDka na półce. Bez zawahania biorę i staje się jednym ze szczęśliwszych ludzi na ziemi. A przede mną góra naczyń do zmycia.

Ale tu jest… dziwne?
Ranek następnego dnia. Odpalam płytę, siadam na łóżku i czekam. Otwiera singiel promujący – okej to już znam. Lecimy dalej i… co tu się właściwie kurwa dzieje? Thrash metal z wokalami Parksa? Potem jakaś instrumentalna interludia? Sample na taśmowych loopach? Powrót do country bluesa? Słodki Jezu, gdzie my jesteśmy? Kolejny wpierdol? Takie odczucia miałem podczas pierwszego przesłuchania. Teraz, po chyba siedmiu przesłuchaniach w różnych stanach, mogę powiedzieć, że album jest nieoczywisty i zajebisty. Za każdym razem, gdy jesteśmy zmęczeni ciężkim łomotem, dostajemy jakąś pauzę, żeby odetchnąć. Ale nie na zbyt długo, bo gdy tylko zaczynamy się odnajdywać w nowej, spokojnej rzeczywistości sonicznej, coś nas wybudza solidną pięścią w twarz niczym Bullit podczas chrztu wody w Gothicu.

Przy tej różnorodności album trochę traci na całościowym wybrzmieniu jako jeden twór. Ma się wrażenie, jakby chłopaki najpierw napisali kawałki, a potem posklejali je ze sobą, pisząc coś pomiędzy nimi. Pomysł całkiem dobry, daje słuchaczowi odpocząć, album jest zróżnicowany i łatwy do przyjęcia na jednym posiedzeniu (nawet parę razy w ciągu dnia). Z wykonaniem troszkę (ale serio tylko troszkę) gorzej, zwłaszcza jeśli przyrównamy nową płytę formacji do genialnego Thick as A Brick od Jethro Tull, ale nie zostawia złego posmaku. W skrócie: Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej.

Co tu właściwie znajdziemy?
Jako że panowie pozbyli się klawiszowca, to musieli ten brak czymś zastąpić. Zrobili to większym gruzem i ogólnym wpierdolem. Jest szybciej, gęściej i mocniej, choć nie brakuje tutaj pięknych i spokojnych momentów. W samych riffach Bena słychać mocne inspiracje nową falą brytyjskiego heavy metalu jak i Toolem. Spotyka się to z dość mocno repetytywnymi, acz idealnymi w punkt beatami Robbiego. Tutaj muszę dodać, że na tym albumie perka jest na granicy nudy momentami. Nie zrozumcie mnie źle, groovi to jak złe, ma naprawdę dobrą dynamikę i kopa, ale dla mnie jest zbyt proste. Rob od jakiegoś czasu zaczął upraszczać swoją grę, doprowadzając ją do wręcz transowego stylu, a na lajwie na instagramie sam przyznał, że jego największą inspiracją na tym albumie było hiphopowe granie. Przy tym wszystkim koleś jest naprawdę świetny w tym co robi, więc liczę, że na kolejnej płycie mu się odwidzi i pójdzie w trochę bardziej eksperymentalną stronę. Co do basu Parksa, to jest to chyba płyta, która najlepiej ukazuje jego styl grania. Jest dużo pełnych akordów granych jakby na akustyku, jak i szybkich pająków. Sam basik w miksie miażdży aż miło. Jest masełko.

Jeśli chodzi o samo brzmienie płytki, to jest naprawdę zajebiście wyprodukowana płyta, która zabrzmi dobrze chyba wszędzie. Z moich raczej-konsumenckich-głośników wyciągnęła takie mięso na garach i basie, że o mało się nie popłakałem. Możliwe, że udało się to za sprawą nagrywania w legendarnym Abbey Road Studios. W partiach gitary dzieje się na tyle dużo, żeby utrzymać słuchacza skupionego i zaciekawionego, ale jednocześnie nie ma w tym przekombinowana, które troszkę się wkradło w nowym Blues Pills. Na Sleeping Through the War  miałem problem ze zbyt dużą kompresją garów. Na ATW garki brzmiały kartonowo. Na tej płycie garki brzmią jak szatan. Brzmią tak jakby Glynn Johns na nowo wykminił jak zrobić, żeby garki miażdżyły słuchacza jakby znów słuchał pierwszego albumu Led Zeppelin pod koniec lat 60. No po prostu miazga. Kończąc, produkcja na tym albumie to czyste złoto.

Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to nic się zbytnio nie zmienia. Bardzo trudne i metaforyczne teksty pisane przez Parksa zazwyczaj o WOKE rzeczach. Akceptacja, wszechświat, świadomość. I to tylko z tych, co zdołałem zrozumieć, czyli może z cztery. Nie mniej jednak ja kocham. O, jest też tutaj kontynuacja opowieści o kobiecie kojot, czyli The Children of Coyote Woman. Jak ktoś zrozumie, to proszę o wysłanie interpretacji całej historii (razem z małżeństwem i śmiercią ofc) na cebula@sekcjastoneru.pl

It’s something of charm, to have nothing to say
Kończąc już, Nothing as the Ideal jest albumem, który przywrócił siłę moich uczuć do tego zespołu, która trochę osłabła po ostatnich dwóch albumach. Wiem, że nie jestem jedyny, bo wielu moich znajomych mówiło mi, że ten album jest piękny, że płakali na Rats in Ruin, że przywrócił ich miłość do muzyki w ogóle. Ten album jest przykładem, jak się powinno robić muzykę. Robić ją dla siebie i dla zabawy. Nic więcej.

Gdybym miał wybiegać w przyszłość, to strzelałbym, że kolejny album pójdzie bardziej w stronę odjazdów Pink Floyd. I po cichu na to liczę.

To na tyle ode mnie.

Bierzcie ten album i cieszcie się z niego wszyscy, bowiem jest naprawdę piękny.

Ściskam,
Cebula.


PS Ciekawostka – See You Next Fall to 10 minutowy wycinek z 40 minutowego jamu po grzybach.

O autorze

Cebula

Cebula

Redaktor naczelny

Perkusja i wokal w The Howling Eye i współzałożyciel Sekcji stoneru. Znajduję ogromną przyjemność w prostych rzeczach jak dobre jedzenie, poranne słońce, miękki kocyk, czy stonerowe riffki.

Stoner to wolność, stoner to jazz.