Ulver – Flowers of Evil (2020)
19 września, 2020

Jeśli ktoś jest fanem imprez spod znaku dyskotek dla smutnych ludzi, to Ulver śpieszy z materiałem, będącym idealną playlistą na takie właśnie imprezy.

Ulver to jeden z najciekawszych muzycznych przypadków, jaki znam. Pierwsze albumy to klasyki drugiej norweskiej fali black metalu i tutaj dyskusji raczej nie ma, potem zespół zadziwił wszystkich swoimi poszukiwaniami ukierunkowanymi bardziej na elektronikę niż gitarowe granie. I tak właśnie świat otrzymał genialne Perdition City (które dla mnie mimo upływu lat dalej się broni) oraz bardzo klimatyczne Shadows of the Sun. Zespół zdążył też zagrać dość specyficzny i klimatyczny koncert w norweskiej operze narodowej, który został zarejestrowany (i jest materiałem, do którego powracam chyba najczęściej zarówno w formie audio, jak i wizualnej) jak i muzykę filmową. Wracając jednak do tematu, ten właśnie Ulver trzy lata temu postanowił wydać The Assassination of Julius Caesar, album, który jest do bólu synthpopowy w klimacie lat osiemdziesiątych i nie raz podczas odsłuchu nóżka sama ciągnęła do tańca. 

Lecz mamy teraz rok 2020 i po wydaniu minikoncertówki, podczas której zaprezentowali bardziej dronową stronę swoich poszukiwań muzycznych, Norwedzy zapowiedzieli pełen album. No i zaczęły się spekulacje, co to będzie. Już pierwszy singiel w postaci Russian Doll zapowiedział, że dostaniemy kontynuację albumu sprzed trzech lat. Ulver znowu prezentuje nam roztańczony, nostalgiczno-melancholijny synthpop z jedną małą różnicą. Tutaj jest mniej progresji, a więcej klimatu lat 80 i kiczu, który utrzymany jest w granicach dobrego smaku i jest niezbędny przy takiej muzyce. Mamy tutaj echa twórczości takich zespołów jak  Depeche Mode czy Tears For Fears. Pojawia się tu piękną i zarazem mroczną balladę Hour of Wolf, jak i wpadający w ucho najmocniej chyba kojarzący się z depechami Machine Guns and Peacook Feathers, z pięknym kobiecym śpiewem, urozmaicającym tę jak najbardziej udaną kompozycję. Dla fanów psychodelii też się coś znajdzie, bo Little Boy, drugi singiel, nią bardzo trąca.

Zresztą od pierwszych do ostatnich dźwięków deszczu zamykających piękne i nostalgiczne A Thousand Cuts, album wciąga i zachęca do ponownego odtworzenia. Przecież  kiedyś to gitarowe granie zaczyna nudzić i fajnie posłuchać czegoś innego. Sam pisząc te słowa, spędzam kolejny wieczór, paląc papierosa w oknie i delektując się nastrojem tego albumu, czując nostalgię do bliżej nieokreślonego czegoś oraz nieświadomie tupiąc nóżką.  I nie bez przyczyny wspomniałem na początku recki o blackmetalowych korzeniach zespołu, gdyż na tym albumie widać je bardzo wyraźnie w kreowaniu atmosfery. Mroczna, melancholijna nostalgia jest jak najbardziej pasującym klimatem do wielu albumów z tego nurtu i Norwedzy pięknie przemycili go do stylistyki synthpopu. Zresztą nie tylko klimatem, bo już w pierwszym utworze padają wersy o ostatnim tańcu w płonącym kościele a czy może być coś, co kojarzy się bardziej z norweskim black metalem niż właśnie to? 

O autorze

Kacper Hawryluk

Kacper Hawryluk

Muzycznie siedzę od elektroniki po eksperymentalny metal. Pogryw na gitarze i bawię się w elektroniczne dźwięki. Możecie mnie spotkać na festiwalach i koncertach w całej Polsce jak i poza nią. Zawsze chętny na perełkę i blanciora.