MuN – Presomnia (2020)
7 października, 2020

Nowy MuN to taki sen, którego podstawy i konstrukcja raz na jakiś czas drżą, dając poczucie trzęsienia się całego świata, by potem znowu ostudzić się i zamilczeć.

Osobiście na nową płytę MuN czekałem już od momentu wydania ich poprzedniego długograja, czyli Opii. Płyta ta, wprowadzając wokalizację i wokale w porównaniu z debiutem Axis Mindi, była przykładem ciekawego zastosowania głosu ludzkiego bardziej jako instrumentu aniżeli melodyjnego orędownika. Wokale były głęboko na dalszym planie, ubarwiały one to, co prezentowały instrumenty. Presomnia została wydana 4 września 2020 roku w wytwórni Piranha Music  i zmieniła nieco reguły gry. Muszę przyznać, że początkowo zabieg ten nie spodobał mi się, ale… O tym potem. Wokale na trzeciej płycie są już zdecydowanie “pełnoprawnym” członkiem zespołu – są mocno wysunięte do przodu, jest ich zdecydowanie więcej, nie pełnią już jedynie formy dekoracyjnej. Ba, gdzieniegdzie pełnią funkcję głównego dostarczyciela ciężaru i emocji. O ile na Opii growl był tylko ciekawostką w utworze Apathya, to tutaj mamy go znacznie więcej, gdzie przeplata się z łagodniejszymi fragmentami. 

Zaraz, to w końcu co gra MuN? Przecież podobno to stoner? Stoner z growlem, czy to ma prawo się udać? Pierwsza płyta rzeczywiście była najbardziej stonerowa ze wszystkich, ale już na Opii zespół zaczął wędrować w inne rewiry, rozszerzając swój pakiet o elementy psychodelii, czy post-rocka. Presomnia zaczyna się w podobnym stylu co Opia. Jest psychodelicznie, ale partia gitary zwiastuje coś nie-do-końca ugruntowanego, coś nie do końca spokojnego. Scowl, czyli pierwszy utwór i przy okazji singiel promujący wydawnictwo, bardzo dobrze przedstawia to, co czeka nas podczas odsłuchu. Z jednej strony jest melodyjnie, ale z drugiej naciera na nas potężny wokal z bardzo wydłużonymi melodiami. Z trzeciej zaś dostajemy ciężki, bardzo głęboki growl i muszę przyznać, że potrzebowałem czasu, by “przywyknąć” do takiej dawki wokalu w MuN. Po kilku odsłuchach uznałem jednak, że ta ewolucja nie jest pozbawiona sensu. Pierwsze odczucia były suche, bo jako słuchacz i fan oczekiwałem czegoś innego, ale czy naprawdę chciałbym dostać kopię Opii, tylko z inną nazwą i okładką? Nie, dlatego ostatecznie rozwój zespołu oceniam dobrze i początkowy, negatywny stosunek, zmienił się w zrozumienie i polubienie konceptu całości. 

Większość utworów ma zwartą, nieskomplikowaną formę. Jest jednak kilka wyjątków. Intro jest miniaturą otwierającą album, prócz tego mamy jeszcze jedną, nazwaną Deceit. Są to najcięższe dwie minuty albumu z mocno sludge’ującymi partiami oraz growlem. No i na koniec mamy aż 13-minutowe Decree. Ja jestem prostym człowiekiem wychowanym na twórczości np. Iron Maiden. Takie Iron Maiden lubiło zawsze kończyć albumy długim, epickim numerem. Cieszy mnie zatem to, że chłopaki z Wrocławia poszły podobną ścieżką, bo utwór nie wydaje się być przesadnie wydłużony, a zawiera w sobie dużo dobrego melodyjnego grania ocierającego się o psychodelę i prog rocka.

Zauważyłem pewne szczegóły, co do których mam jednak ambiwalentne odczucia. Lubię phaser na gitarze, nawet bardzo, ale sądzę, że jest go tutaj za dużo. Efekt ten używany jest praktycznie w każdych spokojniejszych frazach utworów, przez co jego użycie nie dodaje poczucia zróżnicowania, a jest jedynie domyślnym brzemieniem słyszanym podczas czystych partii. Inna sprawa, że brzmi to mimo wszystko naprawdę dobrze. Osobiście myślę jednak, że dawkowanie jego użycia wpłynęłoby lepiej na całokształt. Jeśli chodzi o kompozycje zaś, to przypominają one nieco Toola – zarówno strukturalnie, jak i w doborze dźwięków. Są miejsca, gdzie frazy brzmią jak dobre oddanie hołdu progresywnym mistrzom gitarowego rzemiosła, jednak w innych już zdają się być oczywistą kalką. Na szczęście nie wpływa to na wydawnictwo tak, że płyta zdaje się być wtórna.

MuN jest idealnym zespołem dla osób, które poszukują w muzyce zarówno ciężkiego uderzenia riffem, agresji wokalnej, ale także spokoju, melodyjności, kosmicznego odlotu jak i atmosferycznych pejzaży. Wrocławianie łączą to wszystko zręcznie w swym najnowszym albumie Presomnia.

O autorze

Łukasz Jamiołkowski

Łukasz Jamiołkowski

Redaktor recenzji

Nałogowy słuchacz wszystkiego – od stoner rocka, psychodelę i metal, poprzez eletronikę wolną i szybką, kończąc na śpiewie ptaków i szemrze wiatru.

Do tego skromny gitarzysta, niespełniony elektrotechnik i zbyt miły człowiek. Uwielbiam gadać o muzyce, więc to robię.