Moonstone – Moonstone (2019)
11 października, 2020

Polecono mi ten album zaczynając od słów: „ziomeczki z Krakowa, fajna muza”. Już miałem w głowie black metal. Albo post black metal. Albo blackened death metal. Ewentualnie poezję śpiewaną. Jakże przyjemnie było, gdy ujrzałem okładkę. Jeszcze przyjemniej – kiedy zza okładki wychylił się kwaśny walec zapraszający do tajemniczego ogrodu pw. świętego grzybka, gdzie psychodelia miesza się z okultyzmem.

Wstyd, że dopiero teraz czy duma, że lepiej późno niż wcale? Coś pomiędzy. Warte uwagi albumy polskich zespołów grających stoner pojawiają się to tu, to tam i słuch rozchodzi się praktycznie tylko w skrajnie wąskich gronach. Znajomi pokiwają głowami, że dobre, że można czasem nawet potupać nóżką. Kilku przepoconych sierściuchów na koncercie w klubie z tanim piwem powie: „jest moc”. Parę grupek na facebook’u weźmie pod uwagę w nitkach z „dobrym polskim stonerem”. I najczęściej na tym się kończy. Oczywiste oczywistości. Przecież tak to wygląda i to nie od dziś. A jednak recenzowane tu albumy oraz przytłaczająca liczba jeszcze tu niezrecenzowanych skłania mnie to ponownych rozważań na temat tego, jak wiele dobrej muzyki powstaje i jak nieczęsto się ją słyszy. Mądrzejsi już wypowiadali się na temat rynku muzycznego i mądrzejszym nie udawało się znaleźć idealnej recepty na ten stan rzeczy, więc nie będę się tutaj silił na quasi-filozofowanie. Ale to przykre, przyznajcie. To, co przyniesie pewne skutki i jest w naszej mocy, to działanie u podstaw i dzielenie się z Wami odkryciami, które wciąż czekają na zasługujący im rozgłos. Do czego właśnie dokładam cegiełkę. W tym miejscu chciałbym Wam, czytelnikom skromnie podziękować. Za to, że znajdujecie czas i chęci, by tu z nami być i wspólnie wypływać na nieznane wody.

W 2018 roku, pod szyldem wytwórni Galactic Smokehouse, Krakowski Moonstone wydał album długogrający zatytułowany Moonstone.

Klasycznie. Chcesz Black Sabbath, tylko więcej i „bardziej”? Proszę bardzo, choć oczywiście trzeba przymknąć oko (ucho?) na parę elementów. Wyliczmy tu sobie składniki, które z utworu na utwór będą słyszalne: blues, rock psychodeliczny, occult rock, doom, stoner, heavy rock. Brzmienie? Ciężkie. Kompozycje? Długaśne, niektóre wręcz monotonne. Wokal? Minimalistyczny, taki jaki chyba miał być, żeby nie odwracał uwagi od riffów, które są nośnikami melodii. Jednak do pełni szczęścia chciałoby się, by dawały od siebie ciut więcej i zostawały w głowie na dłużej. „Oh shit, here we go again”? Nie, nie, to nie to i na pewno nie aż tak. Bardziej jak wizyta w nowej pizzerii, podczas której zamawiasz n-ty raz wersję z tym samym zestawem składników, wiedząc jednak, że smak będzie inny przez nową, autorską interpretację i narzucony nowy kontekst.

Self-titled rozpoczyna The Oncoming, czyli swoistym intrem, któremu świetnie udaje się nastroić słuchacza, do całego albumu bawiąc się suspensem. Daje to efekt poczucia napięcia w oczekiwaniu na drogowskaz „w którą stronę popłyniemy?”. Mushroom King to wyciągnięcie koncentratu z tego co najlepsze w occult rocku – oswojone dysonanse roznoszące głowę, która nie może się zdecydować czy to jest bardziej do bujania się (bo takie to melodyjne) czy bardziej do odtworzenia sobie podczas nocnej przechadzki po lesie (bo takie to mroczne). Nieznany wędrowiec przemierza pustkowie, samotność napawa go wolnością, lecz każdy kolejny drzewny cień, który mija niepokoi bardziej i bardziej, aż w końcu jedyne co czuje to obezwładniający ciało kawałek po kawałku lęk. Pale Void jawi się jak mantra, mająca za zadanie oswoić strach. Gitary, choć wciąż dzikie i odjeżdżające w dysonanse powoli cywilizują się, perkusja jakby z taktu na takt zwalniała, ale czy to fakt, czy tylko wrażenie? Głos wokalisty nawołuje z oddali, górując nad otaczającą gęstwiną. Idziemy dalej, tylko dokąd? Ash and Stone, choć trudno go opisać tak na sucho, wyjmując go z całości, jaką jest album, tworzy magiczną atmosferę. Jakby przeszłość mieszała się z przyszłością. Wędrowiec wspomina przebyte drogi i nurkuje w bagażu doświadczeń, lecz jednocześnie stawia krok za krokiem i nie przerywa tułaczki. Czy to ja zrobiłem się sentymentalny, czy prostota tego albumu jest właśnie kluczem do uwalniania emocji? Cholera, ciekawe. A serwowany na końcu SulphurEye jest jak bolesny powrót świadomości. Każde kolejne uderzenie perkusji przeszywa i elektryzuje, trans gitar wyciska z doomu ostatnie soki, wokal ginie. Wyjście z koszmaru jawi się jako bardziej koszmarne od niego samego. Wtem, gdy spodziewamy się nowego początku… koniec. I czekaj tu cierpliwie na drugi album. Przecież to niemożliwe. „Tak się nie robi, panowie, wychodzimy”, jak mawiał klasyk.

Największym problemem jest brak kropki nad “i”, który trapi głównie drugą połowę albumu. Bo jak wejdziesz w wytworzony tu klimat, to jasne, nieźle się będziesz bawić, ale czy będziesz chciał tu wrócić, jeśli album nie da czegoś od siebie? Muzyki dobrej czy przyjemnej jest dużo, natomiast muzyka autorska ginie w natłoku tej gatunkowej. Jeśli jednak już teraz jesteś uzależniony od spalonego stonera, to chwytaj za Moonstone’a i czuj się dobrze przez następne pół godziny.

Moonstone to album wyjątkowy przede wszystkim w tym wymiarze, że uderza większą częścią swojej siły  w emocje, bawi się nimi, rozkoszuje się, gmerając w nich patykiem i wyciągając na wierzch to, co kto ma tam schowane. Może o to w nim chodzi? Że pomimo swojej interesującej faktury, wciąż jest pustą kartką do zapełnienia przez samego słuchacza, któremu nie powie się niczego wprost, lecz zainspiruje i subtelnie zwróci wzrok w danym kierunku, by sprowokować do przemyśleń. 

O autorze

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Student psychologii. Humanista. Fan podróży, historii, kina i przede wszystkim muzyki. Szarpidrut od indie i upalonego bluesa. Lubię rum, kuchnię śródziemnomorską, psychodelię i Bałkany. W wolnych chwilach kłócę się w internecie oraz piszę o piosenkach dobrych i słabych.