Las Trumien – Las trumien (2020)
17 października, 2020

Chyba jedyna dobra rzecz, jaka zdarzyła się w 2020 roku, to liczba i jakość polskich debiutów. Tutaj trzeba pogratulować Piranha Music, która przyczyniła się do tego najbardziej, wypuszczając dość dobrze odebrane debiutanckie krążki. Czy tutaj będzie podobnie?

Opowieści przy ognisku – otwierający utwór trwa nieco ponad 2 minuty i zawiera moim zdaniem najciekawszy riff na tej płycie. Mamy wrażenie, że odbywa się tutaj rytuał, sabat, podczas którego wiedźmy mieszają tajemniczy wywar. Riff sprawia, że czujemy, jakbyśmy kręcili się w ich kotle. W warstwie tekstowej mamy króciutki motyw: „Opowieści przy ognisku, tak jak to było dawniej, […], prawda boli najbardziej”. Jest tutaj na tyle dużo informacji, że jesteśmy w stanie wywnioskować, o czym będzie album: o refleksjach i prawdach, których może nie chcemy słyszeć. Widać to chyba najlepiej w drugim utworze.

Ostatni kawaler – w tym numerze słychać najlepiej spuściznę kapeli O.D.R.A., ale – nie ujmując tego, co najlepsze w tamtej kapeli – brakuje tutaj tego ostrego wpierdolu, który nam zapewniała. Niestety można to powiedzieć o całej epce Las trumien. Riffy są bardzo standardowe i brakuje im jakiejś pełni tonalnej. Są bardzo dwuwymiarowe. Tak jakby chłopaki bały się odkręcić gruz.

Bandaże i szmaty – mój ulubiony utwór na tym krążku. Riff jest wolniejszy, z lekka bujający. Wokalnie jest dokładnie taki sam ton jak na całej płycie, chociaż w drugiej zwrotce mamy chórek. Tak jak wcześniej irytuje monotonność wokalu, ta wstawka, która ma ją przełamać, zupełnie mi się nie podoba. Jest niechlujnie wykonana, a drugi głos w ogóle tam nie siedzi. Lirycznie utwór pasuje do image’u zespołu. O czym jest, możecie przeczytać na facebookowej stronie chłopaków. Historia dość mroczna i posypana świeżą ziemią.

Czwarty, ostatni kawałek na tej płycie – Dom Aptekarza – jest najbardziej zróżnicowany i odstający od reszty pod względem kompozycji, jednak podoba mi się najmniej. Może dlatego, że po przesłuchaniu poprzednich 3 kawałków jestem już zmęczony i znudzony tym albumem, mimo że trwa tylko 15 minut. Mógłbym powtórzyć wszystkie zarzuty, jakie miałem do poprzednich 2 utworów, więc nie będę się nad tym rozczulać.

Przyznam się, że zapoznając się z epką, nie słyszałem singla, który miał ją promować. Na podstawie loga (które jest świetne, zrobione przez Paweł Pawłowski Illustration), nazwy i postów promujących spodziewałem się zupełnie czegoś innego. W głowie miałem, że to będzie srogi sludge z elementami blackowymi, który będzie serwował potężny wpierdol – pod tym względem się rozczarowałem. Album jest przewidywalny i monotonny. 

Pod względem struktury gitara jest ok, ale spróbowałbym nagrać to samo z agresywniejszym fuzzem i zobaczyć, jak to wtedy brzmi. Wokal też bardzo dobry, dość ciężki, każda fraza jest zrozumiała. Tylko to samo co z gitarą: jest monotonnie zarówno w zakresie melodii, jak i rytmiki. Najbardziej boli mnie to, że najlepszy riff tej płyty wylądował w otwierającym, 2-minutowym kawałku. 

Podsumowując: fajnie, tylko nudno. Mam nadzieję, że wydając LP, chłopaki pokażą, co umieją, i będzie tam więcej zróżnicowania i wpierdolu.

Linki do chłopaków:

FB: https://www.facebook.com/lastrumien

BC: https://lastrumien.bandcamp.com/