Grać jak Alice in Chains, nie będąc nimi, czyli recenzja porównawcza „Dirt (Redux)”
21 października, 2020

Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słuchałem oryginalnego Dirt (podobnie mam z Badmotorfinger i Nevermind wiadomych zespołów z nurtu grunge). Tu jest, cholera, wszystko. Jest energia. Jest niecodzienny wokal. Są niezliczone pokłady emocji Layne’a, którym WIlliam z Jerrym nie dorównają, choćby się zapadli pod ziemię, a która sprawiła, że ta płyta jest tak piękna. Jest geniusz kompozytorski. Jest tytułowy brud, są walce, są i bujanka, są i killery. I jest Would?. Czego chcieć więcej?

Człowiek jest tak skonstruowany, że jak mu się coś podoba, to chce więcej tego samego. I w tym przypadku – dostaje. Po prawie 28 latach (oryginał wydany 29 września 1992 roku, Redux – 18 września 2020 roku). Z wytwórni Magnetic Eye, pod szyldem Redux Records. Od pełnoprawnych i okołostonerowych zespołów. Każdy kawałek jest nagrany przez inną kapelę, raz z tych bardziej znanych, raz z tych mniej. Ale raczej z tych cięższych reprezentantów gatunku.

Było już trochę stonerowych tribute-albumów (np. Black Sabbath, Jimi Hendrix czy Pink Floyd), pewnie wiele jeszcze dojdzie, ale na razie czuję, że do tego będę powracał najczęściej.

Pierwsze na płycie Them Bones przypadło kapeli Thou. Znani ostatnimi czasy z dużej ilości naraz coverów Nirvany i spółki, dodali do tego utworu swój charakterystyczny, brzydki, ale i ohydnie wciągający wokal (zarówno czysty/chórki, jak i ten, nazwijmy go, „rzygający”). W połączeniu z lekko przesuniętą gałką wzmacniacza pod kategorię „gruz” dało solidny efekt – słychać, że to Thou, a jednak to Alice.

Dalej mamy Dam That River. I tutaj pierwsze zaskoczenie na albumie – z raczej szybkiego hard rockera goście z Low Flying Hawks zrobili coś na kształt rzężącej brzmieniowo ballady à la SolitudeSabbathów, z Anselmowym wokalem. Powoli sunącą balladka, z wręcz onirycznym klimatem, najpierw wywołuje szok poznawczy, a potem wciąga coraz bardziej z każdym nowym przesłuchaniem.

Rain When I Die. I zespół High Priest. Tu już w miarę standardowo. Podobnie uchwycone brzmienie, te same riffy, nawet próbowali powtórzyć te same patenty wokalne. I nawet im się to w miarę udało.

Down In A Hole. Khemmis. Fajny zrobili cover Rainbow In The Dark, ale z Alice już tak fajnie nie wyszło. Panowie zrobili z tej pięknej ballady doomowego walca, według mnie zatracając trochę ten klimat rozpaczy, bólu i smutku. Pozbawili go najlepszych elementów, granych w oryginale na najcieńszych strunach… I tak w ogóle to muli. Do Dio się nadali, ale tutaj jakoś tak… brak emocji.

Sickman w wykonaniu These Beast. Tutaj mamy coś na wzór „szybciej, mocniej, agresywniej”. Brzmieniowo bardziej charczy, wokal wydaje się groźniejszy od oryginału, a całość przypomina raczej sludge’e spod znaku Thou niżi Alice in Chains. Ale podoba mi się taki kierunek, nie gryzie się to, a wręcz współgra!

Następny w kolejności jest Rooster grany przez Howling Giant. Trąci tu, że zacytuję popularnego tu i ówdzie Doomsmokera, „sludge popem”. Niby fajnie to płynie, przyjemny nowometalowy sound, lekko mainstreamowy, dobrze się słucha. Lecz w porównaniu do oryginału brakuje przede wszystkim tej monumentalności! Rooster w refrenie to jest potęga. W momencie kiedy Layne drze się w „Yeah, here come the rooster, yeah/ You know he ain’t gonna die” zawsze mnie ciarki przechodzą, prawdopodobnie mogłyby przy tym wulkany wybuchać, a tutaj… w sumie nic się nie dzieje. 

Po lekko rozczarowującym Roosterze mamy Junkhead w wykonaniu Forming The Void. Dali radę – ich wersja z powodzeniem mogłaby się pojawić na ich własnej płycie jako bonus, i ktoś niewprawiony nawet by nie zauważył, że to Alice in Chains. FTV (to prawie jak FTW, hehe) niby grają jak milion zespołów w tym nurcie, a jednak mają to coś, co przyciąga do ich muzyki. Lubię i szanuję bardzo. Jest odpowiedni ciężar, charakterystyczna dla nich monumentalność i melodyjne wokale. Robi to całkiem fajny klimat, choć trzeba przyznać, że jest dużo mniej wyrazisty niż oryginał.

Następny jest Dirt i zespół Somnuri. Moim zdaniem sprostali wyzwaniu i to w całkiem fajnym stylu. Jest ciężar, jest moc, nawet wokalnie te przeciągania à la Layne wychodzą im całkiem dobrze (z ciekawości spojrzałem na ich twórczość – tam też tak robią, więc mają to, powiedzmy, wypróbowane). Wokalnie najlepiej, razem z Thou, Low Flying Hawks i The Otolith (będą na końcu). Jest fajnie. Bardzo fajnie.

God Smack w aranżacji Backwoods Payback. Jest szybciej, troszkę brudniej i trochę bardziej… chrapliwie w wokalu. Trochę ten brud odchodzi na solówce, ale koniec końców miło upływa czas przy tym kawałku. Chociaż miejscami, szczególnie pod koniec, brzmi bardziej jak Soundgarden w Jesus Christ Pose niż Alice.

Iron Gland… no nie ma co tu dużo pisać. Z 43 sekund krzyków Toma Arayi w oryginale ciężko było zrobić coś naprawdę innego, dlatego też panowie z Black Electric de facto odtworzyli ten utwór.

Hate to Feel  od -(16)-. Wolniej, ciężej, bardziej… Z początku wydaje się ciut grindcorowo, ale potem to już raczej doom. Bez szału, ale bez tragedii, choć wydaje mi się, że w oryginale ten utwór jest bardziej organiczny, dynamiczny.

Angry Chair. Zbliżamy się do końca, choć akurat fala lekkich rozczarowań nie postępuje. Lubię Vokonis jako osobny zespół. Świetne mają okładki z krajobrazami, mają megaciężar w niektórych kawałkach… Ale Angry Chair w ich wykonaniu trochę muli, ten krzyczany wokal nie pasuje mi do klimatu piosenki. Z oryginału, z jego feelingu, nie zostało prawie nic. No, może refren trochę ratuje sprawę.

No i ostatni utwór i zespół. Would? –The Otolith. O słodki Jezu, CO TO JEST?!

Za pierwszym odsłuchem mi nie siadło. Nie, w ogóle mi nie siadło. Nie tego oczekiwałem. Zbezcześcili mój ulubiony (i pierwszy poznany) utwór Alice! Ale, cholera, jak już się wczujesz w ten mrok, zło, w tę ponurą balladę okraszoną delikatnym damskim wokalem (eks-SubRosa) i całkiem dużą liczbą instrumentów i patentów w tle (smyczki – skrzypce? – gitary, basiwo, dużo blastów na perkusji), to po kilku razach czujesz, że mógłbyś zapętlać ten utwór bez końca. I nagle przestaje Ci przeszkadzać że to jest TOTALN(I)E inne od oryginału, ma zupełnie inną dynamikę i tempo, a jednocześnie podobnie ponurą atmosferę. Takie właśnie covery są najciekawsze. Niezaprzeczalnie.

Nie rozwodziłem się nad tekstami tej płyty, bo i tak znamy je od 28 lat. Wiadomo, smutek, ból, rozpacz, relacje międzyludzkie, walka z uzależnieniem od narkotyków i wszystkie inne mroczne rzeczy, które oprócz tego, że niszczyły życia liderów grunge’u, sprawiły, że ten gatunek był tak niezwykle nośny i niesamowity.

Ciężko mi obiektywnie i jednoznacznie określić ten cover-tribute album. 

Z jednej strony, jest to kawał naprawdę porządnego grania, które samo w sobie bardzo fajnie płynie. Włączysz sobie ten album i nie wiesz, kiedy Ci godzina minęła (słuchając jakby 2 w 1 – ulubiony stoner/doom i ulubiony grunge). 

Z drugiej strony, gdy porównać covery do oryginałów, okazuje się, że tylko część zespołów chociaż trochę zbliżyła się do geniuszu Alice, szczególnie wokalnie i emocjonalnie. Ale chyba nie ma co porównywać. Layne’a i jego poziomu przekazywania emocji nikt nie podrobi i nikt nie zastąpi (chyba że sam wstałby z martwych albo jego klony na ziemi – są tacy, hehe hehe, if you know what i mean). 

Z trzeciej strony, w niektórych kawałkach charakterystyczne momenty zostały przez ten stonerowy  i doomowy ciężar trochę zdominowane (np. w Rooster, Hate To Feel, czy Angry Chair). Ale mamy też totalne zaskoczenia i perełki ze zmienioną konstrukcją utworów (typu Dam That River czy Would?).

Z czwartej strony, we wrześniu słuchałem tak na dobrą sprawę 4 albumów: 

  1. Presomnia od MuNa
  2. Truth and Ruin od Dead Quiet, 
  3. Aether od Moon and the Nightspirit,
  4. i właśnie Dirt Redux

Może więc niech to posłuży za rekomendację.

Nawiasem mówiąc, brat mojego dobrego znajomego ze szkoły średniej mawiał, że z grunge’u się wyrasta. Być może, ale ja, mając już prawie tyle lat co ten nurt, jeszcze tego nie doświadczyłem. A w chwilach, gdy pojawiają się takie albumy jak Dirt Redux, tegoroczna płyta Foot czy zeszłoroczna krakowian z .WAVS, moja miłość do tego gatunku raczej jeszcze bardziej się pogłębia.

O autorze

Krzysztof Exis

Krzysztof Exis

Zwykły chłopak z Pomorza, który od problemów na studiach uciekał często w stoner, potem coraz częściej stoner, a potem został już sam stoner. A potem coraz częściej pagan folk... Muza musi wciągać. Albo bujać. Albo mieć klimat. Albo mieć fajowski wokal. Albo (najlepiej) wszystko naraz.