Jak porwać słuchacza w otchłań i niedać mu uciec od swojegoprzeznaczenia, czyli recenzja REZN„Chaotic Divine”
2 listopada, 2020

Te ciężkie, wolne, kosmiczne, psychodeliczne brzmienia wwiercają się w mózg jak wiertarka na pełnych obrotach w metal, jednocześnie zalewając chłodziwem i trwale zmieniając jego strukturę (czytaj: ów metal nie będzie już taki sam). W tej metaforze: 

  • rolę wiertarki i wiertła odgrywają gitara, bas, i perkusja,
  • chłodziwo to saksofon, wokal, klawisze i wszystkie inne mniej typowe instrumenty,
  • metalem jest zaś Twój mózg, słuchaczu.

I to jest Twoje chaotyczne przeznaczenie. Lecz chaotyczne tylko z pozoru. 

W zasadzie tu mógłbym zakończyć recenzję tej pięknej płyty, wydanej 1 października 2020 r. nakładem Future Wisdom / Off The Record Label.

W czasie odsłuchu albumu będziemy przemierzali kosmiczne przestrzenie, odczuwając przy tym wielu emocji.. Słychać, to na – że się tak wyrażę – balladkowalcach: wprowadzającego w klimat Emerging, niemal bliźniaczym The Door Opens, saksofonowych Waves of Sand, Inner Architecture, Optic Echo czy The Still Center. Panowie z Chicago bezbłędnie, w zależności od potrzeby, żonglują zmianami tempa. W zależności od utworu i/lub klimatu, przechodzą z ballady na walec (czyli “ciężko, wolno i brudno”) i odwrotnie. 

W jednym kawałku możemy dostać lekkie brzmienie instrumentów, bardziej psychodeliczne, i przyjemniejszy wokal gitarzysty Roba McWilliamsa,  a zarazem cięższe brzmienie (tzw. gruz) i agresywniejszy wokal basisty Phila Cangelosiego. Panowie z REZN robią to od początku kariery, więc umieją to nieźle powiązać. Jednocześnie dodają do tego nowe elementy, takie jak świetnie płynące partie saksofonowe lub syntezatorowe. 

Takie dodatki były już na poprzednich dwóch płytach, jednak nie w takiej ilości i nie tak wyeksponowane. Na Chaotic Divine są zaś nie raz dodatkiem do riffów (saksofon w Optic Echo), a czasem wysuwają się na pierwszy plan Z tym mamy do czynienia np. w przypadku Hammondowskich sampli syntezatorów w Scarab albo bardziej wyluzowane w Mother / Forever Time. Ten kawałek w zasadzie opiera się na syntezatorach, a cała jego druga część to, cytując Kazika, „solo na klawiszach”). Główną rolę odgrywa też czasem saksofon, np. seksownie płynący w Waves Of Sand, niczym tegoroczna płyta Lonker See, podobna sytuacja jest w Inner Architecture czy w absolutnie mistrzowskim Garden Green. Za te instrumenty odpowiada Spencer Ouellette. 

Najmniej wyróżnia się gra perkusji (Patrick Dunn), no ale taka już chyba jej rola, a swoją robotę robi dobrze. Warto też wspomnieć, że czasem pojawiają się inne akustyczne czy orientalne instrumenty (oud, baglama, sitar czy rainstick, na którym pod koniec Mother / Forever Time gra basista). 

Muszę przyznać, początkowo płyta wchodziła i działała na emocje. Jednak przed recenzją zdążyłem wysłuchać albumu jakieś 20 razy, i – prawdę mówiąc – przy tak długiej płycie, kiedy zna się już wszystko na pamięć, zaczyna się już wyczuwać powtarzalność patentów. Nie jest to może duża wada, ale końcówki płyty nie słucha się już tak płynnie jak pierwszych paru kawałków. Sytuację trochę ratuje świetne Inner Architecture, gdzieś pod koniec albumu, ale jednak… Nie jest to jeszcze poziom Age of Aquarius Villagers of Ioannina City, gdzie godzinny album nie nużył ani trochę.

Ewentualnie można by było wyciągnąć nieco lepszy efekt końcowy, gdyby: 

  • wyciąć skity, czyli (w tym przypadku) zahaczające o ambient instrumentalne, syntezatorowe popisy (Clear I / II), 
  • zmienić trochę kolejność i strukturę utworów – np. dać Inner Architecture wcześniej niż jest, a wariację nt. Symptom of the Universe Black Sabbath, czyli Scarab, dać na końcu, tak by zakończyć z przytupem.

Został jeszcz jeden utwór, zgodnie z zasadą „najlepsze na koniec”: Garden Green. Ten utwór to istne mistrzostwo świata w klimacie. Dawno już tak nie słuchałem w kółko jednego kawałka. Zaczyna się niewinnie, lekkim bujankiem basu à la Om. Potem wchodzi delikatny, jakby wycofany wokal gitarzysty z saksofonem w tle. Potem chwila jakby przerwy, coś w rodzaju zapowiedzi drugiej części utworu… i O MÓJ BOŻE. Muzyka dalej tak pięknie płynie, ale znika wokal i na pierwszy plan wysuwa się OBŁĘDNE solo saksofonu, które jak dla mnie mogłoby trwać w nieskończoność. 

Ten utwór dosłownie wprowadza słuchacza w taki stan, gdzie świat realny totalnie nie istnieje. Można się dosłownie rozpłynąć w tej piosence, szczególnie w jego drugiej części. Kocham takie momenty w piosenkach, szczególnie na koncertach, i dlatego stoner, psychodelia, trip-hop i pagan folk mają przewagę nad innymi gatunkami, które nigdy nie osiągną tego poziomu immersji. No, może jeszcze niektóre black metale. Ten kawałek jest tak piękny, że – choć album jest całościowo świetny – z pewnością mógłbym go zaliczyć do tych, gdzie jeden utwór przysłania wszystkie inne. I byłoby to właśnie Garden Green. Coś podobnego utwór Seer zrobił z debiutancką płytą Witch.

No dobrze, ale o co w tej płycie chodzi? Czemu w nazwie jest chaos, przeznaczenie? Gdzie są te wszystkie wiertarki i chłodziwa i dlaczego o tym pisałem?

Bo zasadzie to wygląda tak: przez tę godzinę z hakiem muzyki mamy tutaj niemal wszystko. Mamy tutaj ciężar (wiertarki, np. Emerging, The Door Opens, Scarab), mamy luz, zapomnienie, wytchnienie (chłodziwo: Garden Green, The Still Center), mamy chaos (mnogość patentów, instrumentów i kompozycji). Chociaż chaos – tylko z pozoru, bo tak naprawdę wszystko wygląda jak dobrze złożona układanka. Pierwsze kilka wysłuchań, a przynajmniej pierwsze kilka kawałków, wciąga w otchłań dokładnie tak, jak ten laser z pięknej, przypominającej krajobrazy z Shadowmoon Valley, okładki albumu przygotowanej przez Allyson Medeiros. 

Tematyka? Otchłań, chaos i przeznaczenie. Szukanie swojej drogi do życia i śmierci. Różne wizje przeszłości – bardziej ogólne, kosmos, planety i bliżej nieokreślone  byty – i przyszłości – ukierunkowane raczej na śmierć lub jej wyobrażenie, dotyczące bezpośrednio podmiotu lirycznego. Mamy więc, w zależności od konkretnej piosenki, ciut inny kontekst. Tak jakby różne utwory traktowały o różnych rzeczywistościach i przestrzeniach, mając jednak jeden wspólny, egzystencjalny czynnik. Tekstów na całym albumie jest dość mało, są  jakby takie w tle, często są wyśpiewane np. tylko w połowie kawałka. Finalnie to jednak właśnie one spajają tytuł, okładkę i muzykę w jedną, bardziej poukładaną niż chaotyczną, całość.

Jak ogólnie oceniam to wydawnictwo? Bardzo dobra płyta, która jest jednak trochę za długa (i przez to miejscami zbyt powtarzalna), żeby być idealna, bo z czasem traci na intensywności. Ale i tak prawdopodobnie zamawiam winyla, mimo że jest horrendalnie drogi. No i zajebiście chętnie poszedłbym na ich koncert. Choćby tylko po to, by usłyszeć Garden Green na żywo.

TL,DR: 

Garden Green to aktualnie mój utwór nr 1 roku 2020, a cała płyta raczej też będzie wysoko w moim rankingu za ten rok.

O autorze

Krzysztof Exis

Krzysztof Exis

Zwykły chłopak z Pomorza, który od problemów na studiach uciekał często w stoner, potem coraz częściej stoner, a potem został już sam stoner. A potem coraz częściej pagan folk... Muza musi wciągać. Albo bujać. Albo mieć klimat. Albo mieć fajowski wokal. Albo (najlepiej) wszystko naraz.