The Device – Tribute album (2020)
20 listopada, 2020

The Device – w sumie to nie wiemy nic na temat tej kapeli oprócz tego, że są pod skrzydłami krakowskiego lablea Galactic Smoke House. W dniu, w którym Mr.Doom666 wypuścił ich teledysk na YT dostałem maila. Niestety nie zostałem dziedzicem wielkiego majątku w Nigerii, tylko był tam link.

W środku pierwsze co widzę to „Legenda o Indica Ritual Planet”. Jest to na pewno wskazówka na tropie czym naprawdę jest The Device. Następna wskazówka to będzie teledysk, tam zobaczymy kto tak naprawdę stoi za Urządzeniem. A może nie, może to podstawione pionki, żeby zmylić nas, poszukiwaczy prawdy, na tej drodze.

Co tak naprawdę znajdziemy na tej kasecie (bo w takim formacie Galactic to wydaje). Mamy 4 tracki, Rise of the Device, Ritual, BongOver, Indica i strone B (Exhale). Rise of the Device – wszystko zaczyna się od ciężkiego grania. Główny riff jest bluesowy z dobrym groovem, czuć tutaj inspiracje kapelami typu Dopethrone. Solowa partia gitary świetnie się przebija nad basem, który ciągle gra główny riff nadając flow i zróżnicowanie utworowi.  Ritual, to z kolei ambientowo-spaceowy track z voiceoverem i dźwiękami natury w tle. Tutaj żałuje, że część mówiona jest tak bardzo schowana za instrumentami, bo nie do końca da się zrozumieć co jest mówione, mimo to, że nie ma nałożonych jakiś strasznych efektów. Bongover kontynuuje klimat poprzedniego utworu na początku, może dodając trochę więcej psychodeli i kosmosu, tylko po to by bardzo zgrabnie potem przejście w bardziej gruzowo-doomową część. Na koniec strony A naszej kasety usłyszymy Indicę, jeżeli podobały wam się dwa poprzednie kawałki, to ten raczej też przypadnie wam do gustu. Mamy tutaj mniej kosmosu i psychodeliki, czuć tam na pewno jakiś element zaniepokojenia i tajemnicy. Cały czas jest budowane napięcie, ale nie ma tutaj jakiegoś zgrabnego jego uwolnienia, kończy się dość nagle i niespodziewanie. Strona B to zlepek różnych sesji nagraniowych. Mamy dwa live’y w zupełnie różnych klimatach, oddzielone od siebie sekwencja dętą, bardzo jazzową. Pierwszy live pasuje do cięższych klimatów strony A, drugi z kolei to coś bardziej w strone psychodeli, ale nie takiej czystej jak to, co słyszeliśmy. Słuchając tego pierwszy raz miałem ostrego mind-fucka, bo jest bardzo dobrze słyszalne „dziękujemy”, a potem cisza i zaczyna się następne coś, które nie do końca pasuje do tego co grało wcześniej. Na kasecie tego problemu by nie było, zlepienie tego wszystkiego w jeden utwór było dla mnie dość dezorientujące.

To jakie są moje odczucia? Strona A jest ciekawa. Ciężkie kawałki mają odpowiednio dużo gruzu i wpierdolu, a bardziej melancholijne są dobrym przerywnikiem. Aczkolwiek to jak utwory są ułożone na płycie, jakoś mi nie siedzi, lekka reorganizacja utrzymałaby klimat całego krążka i miałaby lepszy flow. Drugie miejsce, gdzie najbardziej ten krążek kuleje, to w mixie. Perkusji nie ma totalnie, no jest, ale brzmi jakby jej nie było. Wydaje mi się, że gdyby była poprawnie zmixowana to dodałoby to bardzo dużo dobrego do utworów. Miejscami też miałem odczucie, że jest za dużo gitary czy basu. Jest to na pewno miejsce, które najłatwiej naprawić przy następnych nagraniach.

Komu się ta płyta spodoba? Na pewno fanom ostrego gruzowania, którzy nie boją się kosmosu jak i kosmonautą lubiącym się czasem pobrudzić. No i mamy ciekawą zagadkę do rozwiązania.