Nynyne nynyne nowe AC piorun DC, ale na co to komu?
13 grudnia, 2020

Kiedy w 2014 pojawiła się informacja o tym, że zespół opuszcza ich najlepszy kompozytor i gitarzysta Malcolm, ludzie zaczęli spekulować na temat przyszłości gigantów hard rocka. W tym samym roku zespół wypuścił Rock or Bust, który zbyt udany nie jest. Na gitarze udzielał się tutaj Stevie Young, który zastąpił swojego wujka. Wszystko zostaje w rodzinie. Zresztą podobno Malcolm i tak miał udział w tworzeniu tej płyty. Rok później w zespole doszło do problemów ze stanowiskiem perkusisty.  Phil Rudd po jakieś pijackiej awanturze w barze został wyrzucony z zespołu. Jakby tego było mało, wokalista Brian Johnson z powodu nasilających się problemów ze słuchem udaje się na leczenie i rezygnuje z koncertów. Jego miejsce za mikrofonem zajmuje Axl Rose, co dzieli coraz bardziej zdezorientowanych fanów. No ale karawana jedzie dalej, chociaż basista Cliff Williams nie wytrzymuje i postanawia opuścić zespół. Gwoździem do trumny zdaje się być śmierć Malcolma w 2017 roku, po której następuje cisza.

Mamy 2020 i pojawia się nagle album o pięknej nazwie Power Up. Jest to prawdopodobnie ostatni podryg trupa. Mieliśmy już zresztą taki album w tym roku i mówię tu o strasznie słabym krążku wypuszczonym przez księcia ciemności, czyli Ozz’ego Osbourne’a. Tak więc pojawia się  jedyne pytanie, po co to komu, skoro znów nagrają tę samą płytę? I tutaj chciałbym się odnieść do zarzutu o wtórność, który zespół dostaje przy każdej możliwej okazji. Tak, jest to wtórne jak jasny chuj, te same patenty, praktycznie te same riffy, aranżacje i tak już od dawna. Tylko że o Motorhead mówiło się dokładnie to samo, a jakoś nikt nie narzekał jak w przypadku Australijczyków. I wiecie co, Big Mac z McDonald’s ma od lat dokładnie tę samą formułę i nikt tego nie urozmaica, a i tak sprzedaje się jak złoto. Jakby ktoś chciał się oburzyć, że porównałem zespół do wielkiej korporacji, to niech otworzy oczy i przestanie się okłamywać. Zespoły takie jak AC/DC, Metallica czy nasz rodzimy Behemoth, od lat już są marką i korporacją, a nie zespołem, w którym chodzi tylko o muzykę. Smutne, ale prawdziwe.

Skupmy się na zawartości płyty. Skład, który ją nagrał jest  odpowiedzialny za Rock or Bust i nawet tutaj podobno zostały wykorzystane pomysły Malcolma. Jeśli oczywiście wierzyć Angusowi. Można doznać trochę deja vu. Muzycznie, tak jak się pewnie domyślacie, zaskoczeń nie ma. Otwierające album Realize, to typowy numer pisany jakby od linijki. Wysunięta do przodu gitara gra chwytliwy riff, a Brian skrzeczy w typowej dla siebie manierze wokalnej. I to właśnie jego wokal mógł być największą niewiadomą albumu ze względu na wcześniej wspomniane problemy ze słuchem, ale wypada to jednak tak samo dobrze, jak zawsze. Ciekawe jak będzie na żywo. Sekcja rytmiczna nie zaskakuje, jest jak zawsze na wysokim poziomie. No i tak praktycznie przez cały album. Czasem szybciej, czasem wolniej. Nie brakuje tutaj oczywiście hitów do wspólnego śpiewania z fanami na stadionach – na przykład chóralny refren w Shot in the Dark. Jako takim zaskoczeniem może być Kick You When You’re Down, który zaczyna się od wokali, a nie riffu, pierwsza nowość w dorobku zespołu. Jest to tylko chwilowe zaskoczenie, bo już wracamy do starej i wszystkim znanej formuły utworów. Dwa utwory, które najbardziej mi z całej płyty siadły to Witch’s Spell oraz chyba najszybsze i najbardziej energetyczne Demon Fire, gdzie fajnie brzmi gitara Angusa. Na tym do ostatniego Code Red koniec fajnych utworów – reszta to zapychacze. Naprawdę mocne i chwytliwe zakończenie albumu. Mój ulubiony z całego albumu.   Jak to mawia pewien Brytyjczyk: it’s only rock and roll, i właśnie tym jest ten album. Świetnie wyprodukowanym i zagranym z autentyczną radością rock and rollem. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli o tym albumie, to chłopaki mieli na pewno niezły ubaw, nagrywając go. Tę autentyczną radość z gry czuć nawet w tych zapychaczach, i udziela się ona podczas słuchania. Jak dla mnie nie będzie to jakiś album, do którego będę często wracać. W aucie podczas jazdy na pewno będzie się tego fajnie słuchać, zresztą tak jak całej dyskografii Australijczyków. Taka muzyczka w tle do potupania nogą i czasami podarcia ryja, nic wymagającego jakiegoś wielkiego skupienia. Dla takiego Teraz Rocku czy Antyradia będzie to album roku, dla mnie nie. 

Wracając do pytania, na co to komu? Album zapewne potrzebny jest fanom zespołu, którzy łykną wszystko, co ten zespół wypuści i nie mogą się doczekać kolejnych nagrań. Potrzebny pewnie też jest samemu zespołowi jako pretekst do ruszenia w trasę. Na pewno potrzebny wytwórni, która nabije sobie kieszenie milionem gadżetów związanych z nim, jak i samą sprzedażą krążka. Dla całej reszty świata mógłby się po prostu nie ukazać i nic by się nie stało. 

O autorze

Kacper Hawryluk

Kacper Hawryluk

Muzycznie siedzę od elektroniki po eksperymentalny metal. Pogryw na gitarze i bawię się w elektroniczne dźwięki. Możecie mnie spotkać na festiwalach i koncertach w całej Polsce jak i poza nią. Zawsze chętny na perełkę i blanciora.