Bantha Rider – Binary Sunset Massacre (2020)
22 grudnia, 2020

Wyobraźcie sobie masywną muzykę przebijającą się przez pustkowia Tatooine podczas przemarszu w blasku zachodzących Słońc. To właśnie Bantha Rider.

O Bantha Rider usłyszałem, gdy wydali swoją EPkę zatytułowaną po prostu Bantha Rider. Jako ogromnego fana Star Wars, nazwa od razu zmotywowała mnie do ogarnięcia materiału. Pojawiłem się nawet na koncercie w Warszawie, gdzie trio supportowało Major Kong i Weedpecker na ich wspólnej trasie. A potem cisza… Wydawało mi się, że zespół się rozpadł i każdy poszedł w swoją stronę. Nic bardziej mylnego, była to jedynie cisza przed nadchodzącą burzą piaskową. Bo o Bantha Rider zdecydowanie można bez cienia wątpliwości napisać, że to zespół pustyni. I to nie byle jakiej. Mowa o ogromnych połaciach ziem leżących na Tatooine. Binary Sunset Massacre wydaje się być dziełem stworzonym dokładnie w tym miejscu. Od razu czuć ciężar prezentujący świat, w którym widziano masę historii z całej sagi Gwiezdnych Wojen.

Album wydał coraz intensywniej działający label Piranha Music. Wychodzi na to, że jest to ich piąta już pozycja w 2020 roku, a ogólnie szósta w piraniowej biblioteczce muzycznej. Został wydany 4 grudnia (szkoda, że nie 4 maja), a oprawę graficzną wykonał gitarzysta zespołu – Krzysztof Lesiński. Przed premierą udostępniono także teledysk do utworu De Wanna Wanga (pozdrawiam Biba Fortunę) w wykorzystanymi klipami z tureckiej wersji Star Wars.

Z zespołem instrumentalnym jest taki problem, że nie mając tekstów utworów, ciężej wpaść na ciekawe tytuły bądź motyw przewodni. Jedni uznają, że wybranie danego konkretnego klimatu jest ułatwieniem bądź monotematycznością, inni odnajdą w tym konsekwencję i konwencję. Bantha Rider świadomie wybiera tytuły, które starają się jak najlepiej odwzorować to, co jest zaprezentowane przez kombinację nisko nastrojonych i mocno przesterowanych gitar i agresywnej perkusji. Nawet nie widząc tytułu Rancor’s Delight, od razu czuć, że utwór „jest o” bestii poskromionej przez Luke’a Skywalkera, a March of the Banthas używając wolniejszego tempa dobrze obrazowałoby rzeczywisty marsz gromady Ludzi Pustyni, np. w celu zabicia Smoka Krayt, jak w najnowszym sezonie Mandaloriana. Bo ogólnie rzecz biorąc warszawskie trio prezentuje dobrze wymieszany stoner rock z czysto metalowymi zagrywkami. Brzmienie albumu jest skoncentrowane na mocnym użyciu fuzza, jednak konstrukcja niektórych utworów i melodyjne wstawki wskazują na widoczne inspiracje heavy metalowymi kapelami. Pamiętam, że słuchając debiutanckiej EPki miałem problem z mało dynamicznymi utworami. Wszystkie utrzymane były w jednym stylu, a momentami zlewały się ze sobą. Na Binary Sunset Massacre jest znacznie lepiej. Wciąż większość przestrzeni zajmują agresywne riffy, jednak przeplatają się z „refrenowymi” wstawkami, melodiami, czy solówkami. I to bardzo dobry sposób na „upiosenkowienie” instrumentalnego utworu. Przestaje on być jedynie zlepkiem riffów, a widoczny jest w nim wyraźny początek, środek i koniec. Jest to tym ważniejsze, im dłuższy jest utwór, a na płycie znajdują się aż trzy ponad siedmiominutowe kawałki. W moim mniemaniu mogłoby się znaleźć w nich jeszcze więcej urozmaiceń. Być może jakieś harmonie, przerywniki z nieprzesterowaną gitarą? Ale mimo wszystko utwory są solidne, słucha się ich bez potrzeby ciągłego wpatrywania się w zegarek i zastanawiania się „ile jeszcze”?

Cieszy mnie to, iż w Warszawie wciąż powstają zespoły, które na swój sposób prezentują stonerową muzykę i że nie została ona zagarnięta całkowicie przez starych wyjadaczy. Dodatkowym plusem jest dla mnie formuła grania instrumentalnego, wykorzystując jak najwięcej się da z trzech instrumentów. Bantha Rider przyjemnie wrócili z dłuższej przerwy z ciekawą próbą przedstawienia magicznego świata Star Wars w formie skondensowanych ciężkich i pustynnych riffów.

O autorze

Łukasz Jamiołkowski

Łukasz Jamiołkowski

Redaktor recenzji

Nałogowy słuchacz wszystkiego – od stoner rocka, psychodelę i metal, poprzez eletronikę wolną i szybką, kończąc na śpiewie ptaków i szemrze wiatru.

Do tego skromny gitarzysta, niespełniony elektrotechnik i zbyt miły człowiek. Uwielbiam gadać o muzyce, więc to robię.