Wzwód i smród roku 2020
31 grudnia, 2020

Zamiast robienia notowania końcoworocznego, postanowiliśmy wybrać po jednym najlepszym albumie (wzwód) i jednym najgorszym (zawód) albumie tego roku.

Kacper Hawryluk

Wzwód: 
Oranssi Pazuzu Mestarin Kynsi

Niestety wygrany może być tylko jeden i rok 2020 należy do Finów. Album, którego rdzeniem jest black metal, a sercem industrial skradł moje serduszko. Zespół opuszcza swój psychodeliczny, leśno-kosmiczny klimat i dalej na mocnej fazie udaje się w wędrówkę po dystopijnej metropolii. Przesłuchałem go już dobre ponad 100 razy i dalej odkrywam nowe rzeczy. Oranssi Pazuzu nagrało najlepszy album w swojej karierze, a to na pewno jeszcze nie ich ostatnie słowo. 

Smród: 
Ozzy Osbourne Ordinary man

Długo się zastanawiałem, jaka płyta może zasługiwać na ten tytuł i padło na Księcia Ciemności. Niestety tak jak nie czekałem na ten album i nie miałem żadnych oczekiwań, tak mnie, po prostu wynudził. Ozzy brzmi na zmęczonego, pozbawionego energii. Niestety jedynym dobrym momentem albumu jest ballada nagrana z Eltonem Johnem. Może nie jest to płyta tragiczna (tak wiem dla niektórych album roku) no, ale od człowieka, który odgryzł łeb nietoperzowi, oczekiwałbym czegoś więcej. Smutne też, że Ozzy wie, na jakim etapie życia się już znajduje. 


Mikołaj Duda

Wzwód:
Dopelord — Sign Of The Devil

Mleczna mgła po raz kolejny wpuściła do studia swą dziatwę, by zgotowała nam krążek tak gorący, że pozostawiony na nim (przez samego Diabła) znak, daje się wyczuć od pierwszych sekund. Każdy odsłuch przenosi nas automatycznie do godziny 3 nad ranem, gdzie wita nas Dzwon, wzywający do adoracji Lucyfera. Pogańskie obrzędy, sprawowane przez Psubratów, zaprowadzą nas prędko do Piekła, skąd nie ma już powrotu. Jedynym wyjściem jest błyskawiczne skrócenie o głowę. Najlepsza Stoner Doomowa podróż, na jaką (w tych niesprzyjających okolicznościach) możemy sobie pozwolić!

Smród:
Ozzy Osbourne — Ordinary Man

Niestety, po genialnym wykonaniu na The End Of The End i zakończeniu kariery pod szyldem Black Sabbath, przyszedł czas na powrót do kariery solowej, o której było wiadomo, że będzie jeszcze kontynuowana. Sam Ozzy, kilka lat temu, mówił o DWÓCH albumach gotowych, by je nagrać. Dlaczego niestety? Po ostatnim koncercie Upadłego Anioła, forma Księcia Ciemności zdecydowanie spadła. Na koncertach nie było linijki tekstu, której by nie sfałszował. Najwyraźniej do studyjnego posiedzenia również nie był gotowy, bo gdy tylko usłyszałem ten drążący mózg autotune, zalała mnie ciepła żenada. Z każdą sekundą było tylko gorzej. Oby był to ostatni taki wybryk.

Paweł Krysa

Wzwód:
Sumac May You Be Held

Dla mnie Sumac to odkrycie roku. Nie wiem jak to się stało że wcześniej nie słyszałem o tej formacji składającej się z takich legend, Aaron Turner (Isis, Old Man Gloom,Mamiffer), Nick Yacyshyn (Baptists), i Brian Cook (Russian Circles, These Arms Are Snakes). Jest to czysty geniusz zapisany w formie audio! Wszystko tam brzmi świetnie, od kompozycje do produkcji. Fenomenalny przykład połączenia noisa z doomem i sludgem. Album jest tak dobry, że brakuje mi słów na opisanie tego jakie to jest dobre.

Smród:
Spaceslug — Leftovers


Niestety tutaj tytuł mówi dużo; ostatki, to co zostało. I tak to brzmi, jak coś co zostało po sesji nagraniowej bez obróbki i retake’ów zostało wydane. Po singlu miałem nadzieje że kosmiczny ślimak pokaże coś nowego, bo i jakieś synthy się pojawiły i było luźniej. Co najbardziej zabiło ten album dla mnie to bardzo niedoszlifowane wokale. Przesłuchałem raz i raczej nie szykuje się na kolejne posiedzenie z tym albumem. Mam nadzieje że następna będzie lepsza.


Cebula

Wzwód:
All Them Witches Nothing As The Ideal

Jestem okrutnym fanbojem, przyznaje się bez bicia. Nie zmienia to faktu, że ten album chodził u mnie przez tydzień po dwa-trzy razy dziennie na wieży. Swoją różnorodnością i tym jak dobra ona jest, krążek dla mnie zwyciężył. I wiem, że nie jestem jedyny, który tak uważa. Nie ważne za co te chopoki się wezmą, to i tak wyjdzie im coś pięknego.

Bonus: Emma Ruth Rundle & Thou – May Our Chamber Be Full, Power Plant – Cargo, Dola – Dola

Smród:
Elder Omens

Dlaczego? Dlatego, że hajp był duży. Dlatego, że poprzednie albumy brzmiały pięknie i ciężko zarazem. Dlatego, że wokal próbuje być czymś, czym nie jest, jest wysunięty i psuje odbiór całej płyty. No i dlatego, że nie będę już mógł mówić do moich nie-stonerowych znajomych “A ZNASZ TAKI ZESPÓŁ ELDER?!” I puszczać im cokolwiek. Dlatego, że teraz trzeba będzie omijać jedną płytkę z ich dyskografii.


Kaj

Wzwód:

Andromeda Space Ritual All Shades Of Perception

Ten rok w licznych złych momentach brzmiał jak świetna tegoroczna Dola, w dobrych jak krapkowicka Andromeda. Album uderzył 7 czerwca nakładem Galactic Smokehouse i pomagał mi wznieść się ponad przygnębiającą pandemiczną rzeczywistość. Panowie rozwinęli formułę z debiutu sprzed 3 lat w stylu “Al Cisneros s-spujsz na mn” w pełnoprawny zestaw do wycieczkowania kul po orbicie. Synthy Dominika Spasówki dostały tu więcej miejsca i namalowały własne krajobrazy (Lazarus), szczególnie udanie gadające z basem Kamila Lasończyka (otwieracz Signs of the Unseen), a nawet tworzące filmowo-ambientowy klimat (końcówka Bullet Cluster). Całość zamyka się w 44 minutach, wiec nie zdążycie się znudzić, jeśli będziecie zbyt trzeźwi.

nie mogę nie wspomnieć: Demonic Death Judge – The Trial, ARRM – II, Slift – Ummon, Astrokot – Przyjaciele z Odleglych Galaktyk, Medicine Boy –  Take Me With You When You Disappear, MuN – Presomnia, MAG – MAG, Lemurian Folk Songs – Logos, Odraza – Rzeczom, Faidra – Six Voices Inside.

Smród:

Lunatic Soul – Through Shaded Woods

Panie Mariuszu Dudo kochany, pan nie bije, wciąż nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u tych sandałów, w których pan polazłeś do tego lasu brzdąkać na tej gitarce. Ale budowanie folkowej atmosfery na akustykach nie wychodzi Panu w połowie tak dobrze, jak spójne, charyzmatyczne, chłodne i napakowane emocjami “Walking on a Flashlight Beam”. To nie jest płyta zła, ale tak różna od reszty dokonań LS w kompozycji i nastroju, że brzmi na próbę pozyskania nowych fanów bez pytania o koszta. Może chciał Pan uprzystępnić twórczość dla tych dziadersów z “Wtedy Rocka” i Trujki – liczę, że się udało i czekam na następny materiał, pod którymś z pańskich licznych szyldów z wiadomo czym, wiadomo gdzie.

poślednie rozczarowanka: Elder – Omens, Molchat Doma – Monument, Hydra – From Light to the Abyss, 

Exis:

Wzwód:

REZN – Chaotic Divine

Dużo było wydanych/przesłuchanych albumów w 2020. Ale mało było albumów w 2020 które bym słuchał więcej niż parę razy, i stwierdził że, „fajne, ale tak naprawdę to nie chce mi się słuchać więcej niż raz/dwa”. Tak było np. z nowym Dopelordem czy ATW którymi się wszyscy zachwycają i pewnie są to dobre/bardzo dobre płyty, ale mi nie zrobiły kompletnie.

ALE! Z paroma było inaczej (w tym Tortuga, MuN  Sautrus, Dirt Redux, Dead Quiet no i REZN.

Moja miara najlepszego albumu to tak często do niego powracam i ile razy go „katuję”, a Chaotic Divine, niemal znam już na pamięć. Odkąd wyszedł, niespodziewanie na początku października, tak niemal cały miesiąc, aż do teraz przewija się na moim Spotify (a LP będzie niedługo w drodze). Ten kosmiczny, dynamiczny, czasem nieśpieszny, czasem gruzujący mix balladek i walców raz-po-raz z syntezatorami, raz z saksofonem wbił się w głowę totalnie i raczej długo jeszcze nie wyjdzie, z „Garden Green” na czele. Jedyna wada tej płyty to długość, a co za nią idzie lekka monotonnia, ale… no nie ma płyt idealnych.

Smród:

Elephant Tree – Habits

Mógłbym tutaj napisać równie dobrze o nowym Elderze, ale chyba od nich się odbiłem już przy okazji poprzedniej EPki, więc… jakoś tak nawet specjalnie na niego nie czekałem. Widać było po nich, już po Lore i Reflections (jakkolwiek dobre to płyty są), poziomu Martwych Korzeni nie przeskoczą.  

Natomiast Elephant Tree… po rewelacyjnym koncercie na SSG (RSF kiedyś też, ale wtedy mało ich znałem) i ogólnej sympatii do ich 1 i 2 płyty, czekałem na 3cią i próbowałem podejść do niej parę razy, ale… meh. Jakieś takie te piosenki, nijakie. Dłuższe, rozwleczone, mało charakterystycznych momentów, mało bujanka, brzmienie raz ciut cięższe, raz zupełnie lekkie, momentami w ogóle brak powera, sama melancholia… Nie wiem, może chcieli iść ścieżką a’la Yob? Ale to chyba nie wyszło. Zdecydowanie bardziej wolę ich „doomy-retro-bluesy” wersję grania. Z naciskiem na „bluesy”.


Przy okazji, sekcja życzy mocarnego wiadra, tęgiego fuzza i skowyrnych gibsztyli w nowym roku.

Do zobaczenia na RSF 2021.

Oby.