Tabu de la Rosa – Tabu de la Rosa (2020)
13 stycznia, 2021

Toruń zdaje się wyrastać na jeden z głównych ośrodków polskiej sceny stonerowej. Mamy Diunę, MAGa, Dolę i świeżo upieczone Tabu de la Rosa. Ci ostatni wnoszą na scenę swoje odmienne trzy grosze, wydając swój debiutancki self-titled 18 września 2020 roku.

Moja pierwsza styczność z tym składem była podczas pierwszych gigów z The Howling Eye, jak część chłopaków z Tabu grała podobne rzeczy jako Adrian Leverkhun. Trochę czasu minęło i Mitzig podesłał mi singiel z nadchodzącej płyty. Stwierdziłem, że nowa kapela na rejonie, to coś napiszę. No i tak jesteśmy prawie trzy miesiące po premierze.

Na okładce – dom na środku pustyni w nocy. Robi klimat, a jest za nią odpowiedzialny Pan Muzykografia zajmujący sie całą oprawą graficzną Piranha Music, Diuny, czy Maga. I przyznam, że jest to jeden z tych krążków, na których okładka oddaje to, co ma nam do zaoferowania muzyka. Czyli mrok, przestrzeń i niepokój.

Zdecydowanie jest to płyta na wieczory. I to raczej te smutne, samotne lub przy otwartym oknie z fajką. Atmosfera jest grunge’owa i przygnębiająca. Próbowałem słuchać o poranku i po prostu nie szło. Przypomina mi to trochę co kiedyś próbowała robić Bydgoska grupa Rain of Claims, ale bardziej shoegaze’owo niż metalowo. 

Dzwine rytmy bębnów przykuły moją uwagę, już podczas pierwszego przesłuchania  Nie ma tuzinkowego klepania w 4/4 czy gruzowania. Rytm opiera się na synkopach budujących mroczną i niepokojącą atmosferę. Gitary dokładają trochę mroku do sonicznej zupy. Są całkiem otwarte i dają nam dużo przestrzeni, o którą ostatnio tak trudno. Na dodatek, grają ciekawe leady z pogranicza shoegaze’u i blues’a. Rolą basu natomiast, jest trzymanie tego wszystkiego w kupie i robi to całkiem dobrze. Wokalnie jest mocno grunge’owo przez swoją manierę i nieustanną chrypkę. Na początku jest to jeszcze całkiem okej, ale im dłużej tego słucham, tym bardziej monotonny i męczący mi się wydaje. Produkcyjnie jest naprawdę dobrze. Znajdziemy dużo ciekawych smaczków, jak ciekawe zabawy reverbami i perkusjonaliami. Słychać, że panowie nie szczędzili na dobrej realizacji w Tonn Studio.

Do samej płyty miałem wiele podejść i większość z nich skończyła się gdzieś w połowie. Nie byłem w stanie przeboleć wokalu, mimo że muzycznie mi to fajnie siedziało. W wokalu nie pasowała mi bardzo wyraźna maniera. Na dodatek, wokal jest całkiem wysunięty do przodu, co tylko potęguje moje odczucia. Pogadałem natomiast z paroma ziomkami i ze swoim zdaniem na temat wokalu jestem odosobniony. Płytka tworzy swój własny klimat i mocno się go trzyma, co jest solidne, lecz czasem zbyt monotonne. Tak jakbyśmy chodzili nocą po pustyni; niby fajno i widać gwiazdy, ale trochę jednak się dłuży. Jest też tutaj przestrzeń tak duża, że może aż sprawiać, uczucie dyskomfortu podczas słuchania. Czułem, jakby nicość wołała mnie z mojego wnętrza.

Debiut Tabu de la Rosa to krążek dla fanów lżejszej, alternatywnej muzyki. Nie ma tu zbyt dużo gruzu, czy kosmicznych przestrzeni, za to jest mrok i pustynia. Polecałbym płytkę ludziom, którzy lubią grunge i dziwne alternatywny do palenia papierosów przy otwartym oknie, natomiast odradzał tym, których odtrąca zmanierowany wokal.

O autorze

Cebula

Cebula

Redaktor naczelny

Perkusja i wokal w The Howling Eye i współzałożyciel Sekcji stoneru. Znajduję ogromną przyjemność w prostych rzeczach jak dobre jedzenie, poranne słońce, miękki kocyk, czy stonerowe riffki.

Stoner to wolność, stoner to jazz.