Weird Tales – Y’all Motherfuckers Forgot ‘Bout Good Ol’ Son of a Bitchin’ Blues (2020)
24 stycznia, 2021

Stoner to po prostu blues po blantach grany na fuzzie. I to do serca wzięli sobie panowie z warszawskiego Weird Tales. Na swojej najnowszej Epce sięgnęli do korzeni całej muzyki rozrywkowej, czyli właśnie do bluesa. Na Y’all Motherfuckers Forgot ‘Bout Good Ol’ Son of a Bitchin’ Blues, znajdziemy cztery kawałki takich gości jak Lonnie Johnson, Skip James, Blind Willie Johnsonon oraz samego Muddy Watersa. Koncept jest naprawdę ciekawy, a wykonanie? No, jak na stoner przystało.

Wolniej, ciężej, z fuzem i chujowo. Stoner.

Na poważnie, to epka brzmi jak każdy przeciętny stoner-doomowy krążek. Produkcja jest przyzwoita, ale nie powala. Są przefuzzowane gitary, gruz i wyjące wokale – jest tu raczej generycznie. Panowie postawili przed sobą całkiem trudne zadanie, jakim jest adaptacja bluesowych riffów pełnych duszy na doomowe klimaty. Wyszło to bez szału, ale nie tragicznie

Got the Blues For Murder Only to singiel promujący płytkę. Nie jest to jednak najlepszy wybór moim zdaniem, gdyż ma on jedną okrutną przypadłość. Zawodzący wokal. O ile przykre wokale w stonerze to codzienność, to zazwyczaj udaje się je ukryć pod ciężarem gitar i basu. W takim przypadku wokal nie wadzi i jest gdzieś tam w tle, słyszalny jako kolejna warstwa szumu. Niestety czasami przydarzy się taka płytka lub zespół, który stwierdzi, że jednak warto pokazać co tam wokalista wydobywa ze swojego przejaranego i przepitego gardła. O ile na poprzedniej płycie, wokal był schowany, tak tutaj niestety Weird Tales odważyli się na odsłonięcie go w miksie. Nie najlepsze posunięcie.

Drugi na płycie, Hard Time Killing Floor Blues w oryginalne grany przez Skipa Jamesa, a tutaj 10-minutowy walec. Mimo że wokal otwiera utwór i męczy przez pierwsze półtorej minuty, to później ustępuje post-metalowym riffom. I gdy docieramy już do tych riffów, to jest naprawdę dobry gruz. Słychać brzmienia podobne do Dopethrone. Wokal wraca do nas po jakimś czasie, lecz na szczęście pod postacią chórków. Czemu na szczęście? Bo w chórkach ginie przykrość tego wokalu. Coś jakby banda kumpli śpiewała po kilku głębszych, zamiast występów solowych tego najbardziej odważnego (lub najmniej trzeźwego).

Too Fucking Cold, Too Fucking Bark – kawałek pokazujący, że bluesowe solówki fajnie można grać po doomowemu. Nie ma wokalu, więc nic nie przeszkadza nam, żeby dać się miętolić przyjemnej zupie fuzza. Nic dodać, nic ująć.

Muddy Waters na zakończenie. Przyjemny i krótki kawałek, który mógłby być singlem. Ma fajny groove, wokal zaczyna dawać radę i wszystko fajnie się rozwija. Całkiem dobra aranżacja, w której wokal jest przeplatany z dużą ilością solówek. Czyli tak jak powinno się grać bluesa.

Na krążek wydany pod szyldem Interstellar Smoke Records nie można patrzeć przez pryzmat pierwszego kawałka. Najlepiej jakby go nie było, a to, że stał się singlem promującym płytę to strzał w stopę. Całościowo płytka wypada nie najgorzej, ale niczym nie wystaje ponad stonerową normę. Troszkę niewykorzystany potencjał konceptu płyty, ale ci, co lubią kolejne kopie Electric Wizard czy Salem’s Pot, znajdą tutaj wszystko to, czego pragną.

O autorze

Cebula

Cebula

Redaktor naczelny

Perkusja i wokal w The Howling Eye i współzałożyciel Sekcji stoneru. Znajduję ogromną przyjemność w prostych rzeczach jak dobre jedzenie, poranne słońce, miękki kocyk, czy stonerowe riffki.

Stoner to wolność, stoner to jazz.