CHURCH OF CTHULHU – Nonexistence (2020)
27 stycznia, 2021

Cthulu w nazwie, mimowolnie ją włączyłem. Into Your Grave niestety nie był oszałamiającym doświadczeniem, sporo tam było monotonii, krótkie utwory dłużyły się. Ogólnie kawałkom brakowało czegoś wyrazistego, co zatrzymałoby mnie na dłużej. Mimo wszystko dałem im szansę i przesłuchałem resztę albumów, które wydali.

Church Of Cthulu gra w dość dziwacznym stylu i ciężko ich opisać. Podczasgdy pierwsze mini albumy były bliższe do drone/noise metalu, to w The Dark Masterjeden z utworów był zdecydowanie z pogranicza deathu. Sami siebie opisują jako “Experimental sludge doom from Romania”, już samo w sobie brzmi to dziwnie, ale 2 albumy na koncie idealnie odwzorowują to, co o sobie napisali. Tutaj wracam do IntoYour Grave, gdzie nawet jest ballada brzmiąca jak kawałek country rocka granegona gitarze akustycznej. Później mieliśmy remaster jednego z wcześniejszych utworów – Dweller of The Abbys i następnie wyszedł kawałek o nazwie CRC Errxrpromujący nowy album – Nonexistence właśnie.

Tym utworem zostałem kompletnie kupiony, czekałem pełen nadziei, że
utrzymają całe LP w takim lub mocno zbliżonym brzmieniu. Jeśli miałbym przytoczyć zespół grający podobnie, to myślę, że Dark Buddha Rising z albumem Mathreyata byłby najbliżej, choć Church Of Cthulu zdecydowanie jest od niego cięższy.

Do albumu wprowadza nas wyżej wspomnianym CRC Errxr. Całość rozkręca się bardzo powoli, budując niepokojąca atmosferę. Ciężkie psychodeliczno-okultystyczne brzmienie zajebiście współgra z wokalem, który brzmi, jakby wykonywał go jakiś szaleniec. W utworze na przemian słuchamy czystego basu z perkusją by za chwilę dołączyła do całości gitara ze srogim fuzzem. Przez chwilę bałem się przejść dalej, żeby nie rozczarować się resztą albumu.

I choć kolejne utwory różnią się od siebie, całość dobrze trzyma się raz obranego nurtu. Nie ma już i chyba, całe szczęście, żadnych country’owych czy stricte dronowych utworów.

Przy The Uprising wokali użyczał Aaron Wall (znany z Red Beard Wall), więc słyszymy jego specyficzny scream, ale mamy tam też czyste wokale. Całość okraszona jest soczystym przesterem. To jest właśnie ten eksperymentalny pierwiastek, który skłania do włączenia kolejnego utworu. Choć jest to zdecydowanie sludge/doom to artyści, którzy pomagali tworzyć album wnoszą coś własnego do Nonexistence, czasem jest to bardziej stonerowe brzmienie a czasem coś przypominające funeral doom. 

Album w całości mnie pochłonął. Klimat, jaki zaserwował nam Church Of Ctchulu jest niepowtarzalny. Niepokój i agresja w kawałkach w szranki może stawać z Cult Of Occult. Melodie przyprawiają o ciarki, a wokale dopełniają kakofonii szaleństwa, H.P. Lovecraft byłby zadowolony. 

Church Of Cthulu zadziwia raz pozytywnie raz negatywnie. Mamy utwory, w których można wydzielić poszczególne partie. Posiadają nakreślony początek, rozwinięcie oraz koniec. Czasem jednak odnosiłem wrażenie, że szczególnie z zakończeniem, szli na łatwiznę. Rozumiem, że spowolnienie na zakończenie to klasyka gatunku, ale momentami to przeciąganie jest niepotrzebne i utwory spokojnie mogłyby  zakończyć się nagle. 

Całość jest bardzo dobrze nagrana i zmiksowana. Instrumenty nie zlewają się i można spokojnie wsłuchać się w perkusję konkretne gitary czy bas. Wszystkie ścieżki tworzą tutaj zajebistą ścianę dźwięku, choć był jeden w miarę spokojny utwór i wyszło mu to na plus.