Aleph א – “Kairos” (2021)
17 marca, 2021

Kiedy przedzierasz się samotnie przez wieczorne miasto, gęste i lepkie od smogu, możesz myślami skręcić w różne rejony. Zakląć soczyście pod nosem, zapłakać nad losem planety, wyłączyć się… lub włączyć w coś, co otuli Cię inną rzeczywistością. „Kairos” to jeden z biletów do błogiej derealizacji. Bez rowerów Hofmanna i bez superbohaterskich symboli, a z czarnego papieru z nierówno przyciętymi krawędziami.

Zaraz, zaraz. Dobrze widzę? Czy tam obok stonera postawiono proga? No to trzeba się odpowiednio przygotować: posprzątać mieszkanie, założyć czarny golf, zaparzyć turbokraftową herbatkę, usiąść z wyprostowanymi plecami i wreszcie można podpinać pozłacane kable.

Nie, nie i nie. Na szczęście Aleph א nie zadzierają zbytnio nosa, choć kiedy słyszysz, że ktoś gra muzykę i inspiruje się m.in. zespołem Tool, to słusznie można się zaniepokoić.

8 marca 2021 roku sopocki Aleph א z pomocą wytwórni Galactic SmokeHouse wydaje debiutancki album długogrający zatytułowany „Kairos”.

Trzy tygodnie wcześniej w internecie ukazał się singiel grupy pt. Invert wraz z teledyskiem, a można go zobaczyć tutaj:

Singiel zapowiadał pływanie po rubieżach stonera i grunge’u, choć tu i tam pojawiały się fragmenty będące puszczaniem oczka do tych, którzy lubują się w karkołomnych przejściach gitarowych. Wydaje się jednak, że przede wszystkim przeważał tam chłód morskiego powietrza, gdzieś znad stanu Waszyngton. Duch tamtego grania jest tu obecny w wielu miejscach, ale, co ciekawe, robi on trochę inne wrażenie niż to z pozostałych okołogrunge’owych wydawnictw. Bo słychać, że chłopaki z Aleph א mają wielkie ambicje, że słuchają bardziej rozbudowanych form muzycznych i kombinują tak, by w swoim graniu nie iść na łatwiznę. I choć nie wszystkie eksperymenty uważam za udane, to szczególnie warto docenić, że na „Kairos” można się niejednokrotnie zaskoczyć świeżością pomysłów i JEDNOCZEŚNIE odpłynąć z zamkniętymi oczami w jungowski cień.

Aleph א rozpoczynają swój album lekko psychodelicznym akcentem przechodzącym płynnie w utwór z singla, czyli Invert, który w pigułce przekazuje, z czym będziemy mieć tu do czynienia. Z każdą kolejną minutą robi się ciekawiej, zwłaszcza w momentach, w których zespół odpuszcza z przesterami i wchodzi na bardziej subtelne tony. Słychać tam najlepiej feeling i zrozumienie między instrumentalistami. Trudno się zorientować, kiedy zaczyna się Doubt – kojarzący się z transem od Death Hawks minimalizm działa tu naprawdę dobrze. A swarm of death w warstwie muzycznej ewidentnie nawiązuje do math rocka łącząc połamane motywy noise’u z większą, bardziej rozbudowaną strukturą. Trochę jakby technika przysłoniła emocje. 

Erode to zupełny kontrast do poprzednich i najbardziej przystępny utwór na płycie, który też jako pierwszy opiera się w dużej mierze na wokalu. W końcu wyłania się Resistance powracający do konceptu eksperymentalnego grunge’u. Dzieje się tutaj, oj dzieje. Niezliczona ilość pojedynczych wtrąceń gitar, basu czy przeskoków perkusyjnych. Wszystko takie niewymuszone, jakby znajdowały się idealnie na swoich miejscach mimo wielu ucieczek od głównego motywu melodycznego. W takiej postaci polubiłem ten krążek najbardziej. Tak jak i w ostatnim utworze Whale pt. II, który jako jedyny jest klasycznym jam rockiem. Choć nieco brakuje tu transowego bodźca, przez co sprawia wrażenie bardzo przyjemnej, ale jednak tylko muzycznej plamy, a nie przemyślanego kolażu.

Bezsprzecznie trzeba jednak przyznać, że mimo sporej ilości romansów z post-rockiem, czuć, że Aleph א szanuje słuchacza i jego czas. Wszystko jest intensywne i nie ma dość częstego w tej sferze muzyki wrażenia, że słuchamy przypadkowego „plumkania” rozwleczonego do granic możliwości, byle pretendowało do miana „prog-rocka”, przynajmniej poza ostatnim utworem.

Czy to prog-rock? Raczej nie. Mimo swojej oryginalności mało jest w „Kairos” muzycznego progresywizmu, elementów, których nikt by wcześniej nie używał, lub też wyjątkowo rozbudowanych form. Ale kiedy odsuniemy to na bok i wynurzymy się ze stonerowej piwnicy, to nagle okaże się, że jak na standardy grunge’u czy stonera, jest tu wyjątkowo dużo muzyki w muzyce. Bardzo sprawnie zagranej, dobrze brzmiącej i angażującej. I to pomimo raczej wycofanego wokalu, który jest raczej nierówny. Owszem, pełen klasycznie hard rockowego uroku w Resistance, ale też pozbawiony emocji i czysto techniczny w A swarm of death, moim najmniej ulubionym utworze albumu. Zdecydowanie chętniej wracam do tych raczej subtelnych, w których przyjemne psychodeliczne bujanie przeplatane jest precyzyjnymi przebiegami. Gdy dodamy do tego atmosferę budowaną przez intrygujące teksty oraz charakterystyczną okładkę, tworzy nam się dość oryginalna mieszanka pomysłów i inspiracji.

„Kairos” to album, którego chce się słuchać z jego wadami i zaletami. Jego nierówność paradoksalnie jest jego zaletą – dowodem na odważne poszukiwania i eksperymenty. Dlatego doceniam go tym bardziej. Wybieram między gorszymi i lepszymi momentami, ale i czuję przy okazji, że coś się w nich dzieje, że nie ma dróg na skróty i osiadania w jasno wyznaczonych gatunkowych granicach. Ten krążek jest nasycony różnymi konceptami, w które chce się zanurkować i odnajdywać momenty tylko dla siebie. Chciałoby się mniej tego, może trochę inaczej tamto, więcej tamtego, ale, cholera, włączam replay i słucham jeszcze raz.

O autorze

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Bartłomiej Kowal 'Jimi'

Student psychologii. Humanista. Fan podróży, historii, kina i przede wszystkim muzyki. Szarpidrut od indie i upalonego bluesa. Lubię rum, kuchnię śródziemnomorską, psychodelię i Bałkany. W wolnych chwilach kłócę się w internecie oraz piszę o piosenkach dobrych i słabych.