Wejdź w muzyczną podróż w mistyczny świat i poszukaj z niego wyjścia. Recenzja albumu Sunnata – „Burning in Heaven, Melting on Earth”
31 marca, 2021

Sunnata. Zespół z Warszawy, który poznałem przy okazji trasy koncertowej Sunnata | Dopelord | Stoned Jesus (styczeń-luty 2017). W trójmieście grali w Uchu. Choć sam klub  raczej w stonerach nie gustuje, był wówczas wypełniony po brzegi. Dla przykładu, na dużo ciekawszy koncert Greenleaf parę miesięcy wcześniej, przyszło może z 50 osób. Wracając jednak do Sunnaty, wtedy nie przypadli mi specjalnie do gustu. Nie czułem ich muzyki. Ale mieli tylko Behind The Colossus i Zoryę. Czyli raczej ciężkie, dość przytłaczające albumy.

Zmieniło się to z czasem, gdy w 2018 roku wydali Outlands, zaczęli koncertować z nowym materiałem, a ja się w nim zakochałem. I to praktycznie od pierwszych dźwięków. Oprócz stonera uwielbiam też pagan folki. Nie pseudo metal folki, tylko autentyczne, wikińsko-słowiańskie pieśni (Wardruna, Heilung, z mniejszych The Moon & The Nightspirit, Nytt Land).  Duża część kompozycji tego gatunku jest zbudowana na specyficznym flow, który wciąga w dawny świat. Dzięki niezwykłej harmonii rytmu i dźwięków nie jestem w stanie z niego wyjść. Jedni to nazwą monotonnością, ja to nazywam transem. I właśnie ten magiczny trans idealnie opisuje zawartość Outlands. Cała płyta, choć podzielona na utwory, łączy się w jeden, prawie godzinny, piękny rytuał. Szczególnie widać to na koncertach. Umieszczenie ich jako ostatnich, grających po północy, w pełnym mroku było jednym z najlepszych decyzji organizatorskich RSF 2018. Ten koncert był niesamowity (tak samo Messa po Ufomammucie następnego dnia, czy Five The Hierophant po Weedeaterze w 2019). Takie szamanistyczne zespoły po prostu muszą grać w nocy.

W związku z powyższym, gdy pod koniec poprzedniego roku zapowiedzieli Burning in Heaven, Melting on Earth (premiera – 26.02.2021), oczekiwania miałem wysokie. Jednak już pierwszy singiel (i jednocześnie pierwszy utwór na albumie) trochę je zweryfikował – to nie będzie Outlands nr 2. 

Crows, bo o nim mowa, na pierwszy rzut ucha wydaje się oderwany od ich dotychczasowej twórczości. Przypomina mi bardziej progresywno-melancholijnego rocka spod znaku Blindead z albumu Ascension. Szczególnie utwory Hearts czy Wastelands. Nie jest to specjalnie lubiana płyta wśród fanów, jednak ma ona ten specyficzny klimat smutku, rozpaczy, jakiegoś takiego duchowego oczyszczenia. Melancholijności połączonej z wybuchami agresji. Podobny wydźwięk emocji odczuwam właśnie w Crows. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, ale jako że lubię Ascension, raczej na plus.

God Emperor Of Dune. Uwielbiam ten kawałek. Kiedy usłyszałem ten Om-like bas od 20 sekundy, już wtedy wiedziałem, że to będzie mój #1 na płycie. O Matko, w ten utwór jest wrzuconych  tyle świetnych motywów, że nie jeden generyczny stoner zrobiłby z tego całą płytę. O ile by na nie wpadł. Mamy tu śpiew i rytmikę, (w tym chórki) a’la Outlands, orientalne przeszkadzajki, odpowiedni ciężar, nieprzerwany trans, a także trochę improwizacji. Wszystko spaja w całość wspomniany Om-like bujający bas, rozpoczynający i kończący kompozycję. I to wszystko w niecałe 9 minut. Mógłbym zapętlać ten utwór w nieskończoność.

A Milion Lives. Rozpłynęliśmy się w tej piękności, pora wrócić na ziemię i dostać wpierdol. Zaczyna się rzężąco, chwilę potem następuje stoner thrash metal, a dalej jest już tylko lepiej. Dużo tu progresji, zmian tempa, dynamiki, napierdalania,  ciężaru i… żeńskiego rytualnego (?) śpiewu. Gościnnie w tym utworze wystąpiła Alia Fay. Głos ma dziewczyna bardzo ładny, robi swoją solową muzyczkę, do mnie jednak ona nie trafia. Wracając do Sunnaty – gdzieś w połowie utworu, pomiędzy jedną sieczką a drugą, wstawili folkowo-stonerowy mostek, w którym udziela się ww. kobieta. Niezły zwrot akcji, bardzo przyjemnie to wyszło, lubię takie smaczki. Jednak trochę za szybko się kończy. Chciałbym tu więcej takich klimatów, a to był tylko mały zalążek. Chętnie usłyszę tego więcej – może na następnej płycie? Tak przy okazji, ostatnio dowiedziałem się o istnieniu projektu Jaco&Zajca. Łączy on folki na prawdziwych folkowych instrumentach ze stonerem i to niemal idealnie. No ale to Jaco z Kapitana Bongo, więc nie ma co się dziwić.

Black Serpent. Chyba najbardziej Outlandsowy kawałek, i to taki dość standardowy. Taki Gordian Knot w wersji Turbo (nie,  nie tych od Dorosłych Dzieci). Podobny w kompozycji, podobny wokalnie, nawet podobnie w ciężkości. Tylko że dwa razy dłuższy. Może trochę bardziej, hm, progresywniejszy? 

Völva (The Seerees). Balladka? Niekoniecznie. Bardziej coś jak… Modlitwa. Mantra. Trans. Rytuał. Przywoływanie. Wyciszenie. Oczyszczenie. Minimalistycznie, ale za to klimatycznie. Mało się dzieje, ale ogółem ładnie wchodzi.

Way Out. Brzmi trochę jak kontynuacja Völvy. Dalej tkwimy w transie, choć muzycznie jest bardziej różnorodnie. Mamy tu miks spokojnego grania w stylu ballady, z okazjonalnymi wyniesieniami energii w refrenie. A także narastającą non stop solówkę w drugiej części utworu.  Trochę też jakby więcej życia, przyjemności. Fajna odmiana na koniec raczej smutnej w odbiorze płyty.

Tak w skrócie, jeśli miałbym jeszcze raz przyrównać Outlands do Burning in Heaven, Melting on Earth. Pierwszy byłby folk-doomem, a drugi doom-folkiem. Niby to samo, ale odwrócone proporcje. Folkiem w rozumieniu tego charakterystycznego flow, nie instrumentów. Nie porównuję do Zoryi i Behind The Collosus, bo względem nich to już Outlands był rewolucją. Warto też wspomnieć, że z płyty na płytę panowie pozbywają się ciężaru jako podstawowego budulca piosenek. Dzięki temu ich kompozycje stają się bardziej klimatyczne, transowe, wręcz rytualne. Niech robią tak dalej, dobrze im to wychodzi. 

Na pewno będę często wracał do Burning in Heaven, Melting on Earth.

Płyta liczy 6 utworów, trwa 45 minut, a słucha się jej, jakby miała najwyżej 20 minut.

Im więcej jej słucham, tym lepiej mi wchodzi – ma wysokie replayability. Jednego dnia album przeleciał u mnie ze cztery razy jednym ciurkiem i wcale nie chciałem go zmieniać.God Emperor Of Dune to najlepszy utwór na albumie i zdecydowanie wybija się on ponad resztę. 

Z jednej strony ciekawy jest ich nowy kierunek artystyczny, a z drugiej  oczekiwałem więcej tego co na poprzedniej płycie. Za to jest więcej progresji, i różnorodności, a mniej tego flow, za które pokochałem Outlands.

Nie wychodźmy jeszcze z tego transu, zanurzmy się w tekstach. Ogólny zamysł albumu jest o fanatyzmie religijnym i jego konsekwencjach. Ja bym dołożył do tego wątpliwości wyobrażenia nad przyszłością, oraz sensem życia i końcem świata. Większość tekstów opiera się na pytaniach do proroków, lub kogoś w ich rodzaju. Z różnych wierzeń i uniwersów lub mitologii.
Crows mamy kruki i upadek Rzymu. To raczej historia opowiedziana z perspektywy po bitwie, ale też i pytania o przyszłość. Do kruków. Kruki występują tutaj jako prorocy. Zazwyczaj pojawiają się po bitwie jako żercy, ale często też w trakcie bitwy obserwują walki z góry. Gdyby umiały myśleć i mówić, z pewnością mogłyby być prorokami.

W God Emperor of Dune mamy wołania do proroka Kwisatza Haderacha,  i do Gom Jabbara. Mamy pytania o Złotą Ścieżkę, o wolność, egzystencję.  To uniwersum Diuny. Tej, która napisała Franka Herberta… To znaczy odwrotnie. Pisałem już, że ten utwór jest genialny muzycznie? 

A Milion Lives wybija się poza schemat, nie ma tu wskazanego dokładnie adresata. Sam tekst również jest raczej ideologiczny. Mówi o milionach ludzi, ukrytych gdzieś w domach, miastach, których nie dostrzegamy. A być może to bandyci, a być może przerażeni, strachliwi, ludzie. Ale jeśli przyjdzie potrzeba, z czystym umysłem staną gotowi do walki o wolność… Nie jest wskazane jaką. A może ten tekst to wytrych do wydarzeń dzisiejszego świata? Może niedługo i my będziemy musieli być tymi walczącymi o wolność, o stary ład, o normalność? Widząc totalitarne zapędy naszych rządzących, czasami się nad tym zastanawiam.

Black Serpent wraca na grunt refleksyjno-religijny. Mamy tu Boga – Czarnego MEGAWENSZA9, przed którym się nie oprzemy i mamy klękać. Nie zwątpisz w niego, posiądziesz siłę, a on będzie pławił się w swojej chwale. I odpowie tylko niebo. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Ale i tak na końcu wszystko pochłonie Sunnata. W sensie, że pustka.

Völva (The Seeress). Tutaj tekst brzmi jak modlitwa. I mamy znów podmiot liryczny, do którego krążą pytania. O życie i o śmierć. O przyszłość i bezpieczeństwo. O prawdę i kłamstwa. Völva to wieszczka. Wiedźma. Prorokini. W mitologii. Germańskiej.  Łącznik pomiędzy światem rzeczywistym a Bogami. W czasach wikińskich i wcześniej.

No i Way Out. To już koniec podróży. Tu adresatem jest sam podmiot liryczny. Ten, który wcześniej zadawał pytania bohaterom. Widać już zwątpienie, świadomość końca. Potem jest jeszcze dramatyczniej. Szukanie wyjścia. Koniec. To już się dzieje. Światy runą, niebo się czerwieni, uciekaj, szukaj wyjścia. 

„Niebiosa płoną, a ziemia się topi.”

O autorze

Krzysztof Exis

Krzysztof Exis

Zwykły chłopak z Pomorza, który od problemów na studiach uciekał często w stoner, potem coraz częściej stoner, a potem został już sam stoner. A potem coraz częściej pagan folk... Muza musi wciągać. Albo bujać. Albo mieć klimat. Albo mieć fajowski wokal. Albo (najlepiej) wszystko naraz.