Recenzja albumu Sautrus – M.A.P., czyli jak zrobić mistyczny performance w stonerze i nie tylko
17 maja, 2021

Sautrus. Zespół z mojego regionu (Gdynia/Trójmiasto), który śledzę od lat, wydał pod koniec ubiegłego roku (17.10.2020) nowy album – M.A.P. 

Znani są z tego, że grają emocjonujące koncerty, a wręcz, skłaniałbym się ku określeniu… przedstawienia. Performance’y.  Szczególnie za sprawą wokalisty, Wena. Ale też i muzyka sprzyja takiej oprawie – od początku istnienia towarzyszył im pewien mistycyzm. Choć muzycznie na każdej płycie grają delikatnie coś innego. 

Ewoluowali, że się tak wyrażę, od „Tool-driven” stoner rock (EP Kuelmaggah Mysticism: The Prologue), przez „Iommi-driven” stoner rock (najlepszy zespół najlepszy album, czyli Reed: Chapter One), do mniej oczywistego, bardziej osobistego stylu (Anthony Hill czy recenzowany właśnie M.A.P.).

Tłem historycznym tego albumu jest wojna pomiędzy papieżem Grzegorzem IX a świętym cesarzem rzymskim Fryderykiem II, odbywająca się w czasach krucjat. Jednak zawarta tu muzyka i teksty nie są tylko zbiorem faktów, a raczej przemyśleniami wynikającymi z analizy tychże.

Więc co my tu mamy? Mamy wizję człowieka zarówno kochanego jak I znienawidzonego, walczącego o swoje obecne i nowo podbite ziemie. Walczącego fizycznie, ale także psychicznie, filozoficznie, a  w dodatku wszystko, jak to w tamtych czasach bywało, na podłożu religijnym. Mamy tu refleksje o złu i dobru, przemocy i pomocy, mądrości, sensowności  i celowości naszej egzystencji. W tym dlaczego robimy to co robimy i dla kogo. Dla przykładu, o tym, czy krucjaty w ogóle były potrzebne. Oraz czy Bóg by chciał, żeby one się odbywały. Czyli też o buncie i posłuszeństwie wobec… przyjętych władców / wzorców społecznych? 

Czy coś Ci to przypomina, drogi czytelniku? 

Mimo że temat jest odległy, to nadal zaskakująco aktualny.

Szczególnie dzisiaj. W czasach, w których na świecie panuje zaraza, wszyscy wokoło starają się Ci mówić, jak masz żyć i myśleć, a dostęp do sprawdzonych, rzetelnych informacji jest utrudniony. Bo nie ma pewności, że to, co podają w internecie lub telewizji jest 100% pewne i realne, a już na pewno nie jest logiczne. Ale tylko spróbuj zakwestionować przyjęty porządek rzeczy (manipulacji), stajesz się niejako z automatu szurem, foliarzem i antyszczepionkowcem. Dlatego, że chciałbyś samodzielnie myśleć, a nie łykać propagandę. Różnica jest taka, że wtedy papież robił Ci ekskomunikę (co spotkało właśnie Fryderyka II, i od czego de facto zaczyna się album), a teraz blokują Ci konta na portalach społecznościowych i oczerniają.
W przejmujący, liryczny sposób opisuje to ostatni utwór 1239, jako jedyny na płycie w całości po polsku. Weno w audycji propolskie dla radia proradio.pl mówił, że chciał tę prawdę przekazać najlepiej, jak potrafi i dlatego też jest w języku polskim 

No, skoro już wiemy, o co tu chodzi, możemy się skupić na tej przyjemniejszej części albumu…

Jak zacząłem tekstami – to następne będą wokale. Pierwsze co rzuca się w oczy, a właściwie uszy to duży progres. Wspomniany wcześniej performance koncertowy teraz słychać także na albumie – w nazwijmy to na potrzeby tej recenzji, teatralności. Z płyty na płytę wokal Wena stawał się coraz bardziej zrozumiały dla słuchacza, ale w M.A.P. jest już więcej techniki, modulacji i różnorodności. Mamy tutaj zwykłą mowę (spokojniejsze momenty płyty), zapowiedź/konferansjerkę (Excomvna), czy też melorecytację przeplataną z delikatnym śpiewem i chórkami (1239). Znajdziemy tu także  krzyki, czy minigrowle (Twitchy Witchy Girl). Owe minigrowle to pewnie skutek dojścia do zespołu Krystiana Papiernika. Gra na basie i robi drugie wokale. Możecie go kojarzyć z zespołu State Urge, również z Trójmiasta.
Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych taka, czasem aż przesadna teatralność wokalu, jak w 1239 czy Rose może być minusem, ale akurat mi to nie przeszkadza. Wychowałem się na Alicji, Black Sabbath czy Nicku Cave’ie, gdzie wokal jest dodatkowym instrumentem, a nie tylko dodatkiem do muzyki. Nierzadko u ww. jednym utworze są duże ilości naraz technik śpiewania. Bardziej stoner-friendly przykład? Nieistniejący już, niestety, Horn Of The Rhino. Co tam gość robi z wokalem, szczególnie na albumie Weight of Coronation to jest czyste mistrzostwo. Dla ciekawych – można go jeszcze usłyszeć w projekcie Funeral Sun.

Od początku istnienia chłopcy pokazywali, że nie lubią prostych kompozycji i tutaj także to słychać. Wypełnione tekstem i muzyką utwory są długie, (najkrócej 4 minuty, najdłużej 9 minut), w których dzieje się wystarczająco dużo, żeby słuchacza nie zanudzić. Często też przybierają formę, znaną mi np. z albumu Wilk zespołu Kim Nowak, czy też dokonań The Black Wizards. O co mi chodzi? Połowa lub trzy czwarte  utworu jest w miarę standardowa, by przez pozostałe parę minut dać upust totalnemu szaleństwu. Czasem to szaleństwo objawia się bujającymi, wręcz „świdrującymi po odbycie”, riffami  (Rose). Czasem jest to jazda bez trzymanki na klawiszach (Borderlove, Twitchy Witchy Girl). Często też zmienia się struktura utworu i to jest piękne. Właśnie, klawisze, czy raczej, syntezatory, to kolejna nowość na tej płycie, zrealizowana w trochę odjechanym stylu. Zdecydowanie dopełniają utwory odpowiednią dozą zajebistości. Czasem otwierają (Baquar, Present Times), czasem zamykają, a czasem przygrywają w środku na zmianę z riffami. Ale myślę, że bardzo ładnie wpasowali je w klimat utworów.

Płyta jest długa (57 minut), a przy tym nie nudzi za bardzo. Mimo dość dużego, wręcz monumentalnego czasem ciężaru, utwory są zróżnicowane i całej płyty słucha się przyjemnie. Szybko przelatuje w tle, ale gdy się w nią zanurzysz, najlepiej przy próbie wczucia się w tę historię przy tych dźwiękach… wtedy nawet nie liczysz upływającego czasu. I chyba właśnie tak najlepiej tę płytę, hm, wchłaniać.

Warto też wspomnieć o okładce – stworzona przez Daniela Chylińskiego, nie dość, że nawiązuje do  tematyki historycznej (łańcuszki z krzyżem, obozowisko, Lady in Green), to jeszcze wygląda przekozacko. Uważam, że to najlepsza z ich okładek.

Okej, była ściana tekstu (a raczej, zachwytów), teraz małe podsumowanko, lub, jak kto woli, TL;DR.

Tak, to jest bardzo dobry album. 

Tak, biorąc pod uwagę pojedyncze kawałki, można się przyczepiać, że 

– wokale dziwne i często zmienne (mi to akurat pasuje), 

– że długie (no, długie, ale nie nudzi), 

– że miszmasz (ale przecież o to chodzi w rozwoju stonera, ile można grać jedną nutę? Długo, ale w końcu się znudzi…), 

– że chaos (bo raz grają napierdzielankę, a za chwilę balladkę, a za chwilę synthy, wtf)

ALE!

Gdy posłuchasz całości, prawdopodobnie odniesiesz wrażenie, że wszystkie wyżej wymienione element zostały w ten, a nie inny sposób celowo wykorzystane. Dlatego że…

Tak, to jest concept album. Tekstowo. Brzmieniowo. Wokalnie. Kompozycyjnie. Wizualnie. 

Tak się robi concept albumy. 

Nie puszczaj go w tle. 

Usiądź wygodnie, wczuj się w tę płytę.

I zostań z nią na dłużej.

—- Info:

Line-up (members)

Weno Winter: Vocals, Guitars

Michał Nowak: Guitars

Krystian Papiernik: Bass

Arek Wądolowski: Drums, Percussions

Guest / additional musicians

Michał Tarkowski: Keyboards, Synthesizers

Production staff / artist

Łukasz Kumański: Engineer, Mixing, Mastering

O autorze

Krzysztof Exis

Krzysztof Exis

Zwykły chłopak z Pomorza, który od problemów na studiach uciekał często w stoner, potem coraz częściej stoner, a potem został już sam stoner. A potem coraz częściej pagan folk... Muza musi wciągać. Albo bujać. Albo mieć klimat. Albo mieć fajowski wokal. Albo (najlepiej) wszystko naraz.