RIFFFIELDS 2021. Więcej, lepiej, solidniej.
27 października, 2021

Zdjęcie 1. Riffields 2021.  © The Buried Herald Photography. 

Wstęp do relacji z poprzedniej edycji festiwalu był historią pandemiczną. Tym razem było trochę lepiej, zdążyłem zaliczyć ciut więcej koncertów i festiwali (m.in. parę pomniejszych, i parę większych – m.in. Dopelord, Mountain Jam i Soundrive). Ale na świecie nadal panuje zaraza, eksperymentalne preparaty medyczne nie wyeliminowały ani wirusa, ani niesamowitych wzrostów cen, ani tym bardziej nieraz niezrozumiałych i niedorzecznych działań rządu (ów), a prawdopodobnie także nie dadzą rady ze zbliżającym się lockdownem. 

Ale w tym wszystkim znalazło się jeszcze miejsce na jeden piękny festiwal. Riffields 2021. Tak jak w poprzednim roku, robią go ludzie z zespołu Smokes of Krakatau (i o czym niestety poprzednio nie wspomniałem – ziomki wytwórni Galactic Smokehouse). Miejsce festiwalu pozostało to samo (malownicze pola riffów w Wielkopolsce z generatorami energii wiatrowej w tle i budynkami starego dworca PKP jako backstage). Ale nie obyło się bez zmian. Teren imprezy został powiększony (pole namiotowe zostało przeniesione na teren niedostępny rok temu, dzięki czemu festiwal mógł pomieścić więcej ludzi). Niestety tylko mógł, ponieważ bilety się nie wyprzedały, ludzi przyjechało niewiele więcej niż w roku poprzednim. Niestety dzięki temu organizatorzy mają spory deficyty w budżecie. I następna edycja stanęła trochę pod znakiem zapytania. A szkoda by było. Bardzo.

W związku z tym namawiam do wrzucania datków na następujących zasadach:

– wpłata 40zł lub więcej — dostajesz wlotę na KONCERT ZBIÓRKOWY (lineup i inne detale To Be Announced)

– wpłata 50zł lub więcej — dostajesz koszulkę Rifffields 2021 (wysyłka gratis)

– wpłata 100zł lub więcej — dostajesz obie ww. rzeczy plus plakat RIFFFIELDS 2021

Dane do wpłat:

Wojciech Gruźliński

15 1140 2004 0000 3102 5102 2949

Tytułem: Ściepa po Rifffields 2021 [Twój mail]

Rzuć grosza tym panom z obrazka poniżej, będą Ci wdzięczni, a przy okazji zwiększysz szansę na to, że w następnym roku festiwal się odbędzie.

Zdjęcie 2. Smokes Of Krakatau.  © Krzysztof Exis. 

No dobra, ale z czym to się słucha, co tam grało?

Dzień pierwszy zatem. Piątek.

Tak jak rok temu, zaczynali organizatorzy. Smokes of Krakatau. Niestety, przyjechaliśmy na styk z rozpoczęciem festiwalu, a panowie zaczęli grać bez obsuwy. Ale, z tego co słyszałem, podtrzymuję opinię z roku poprzedniego. Solidne granko, przyjemne, melodyjne. Kombajn Bizon rozpoznaliśmy sprzed wejścia, jak ciągnęliśmy namioty z samochodu. A poza tym, nigdy nie rozkładało mi się lepiej namiotu jak przy heavymetalowym szlagierze Pleiades

Chwila przerwy, zmiana sprzętu… i Psyhoes. Zespół ludzi, którzy chcą grać bardziej przebojowego desert rocka niż John Garcia na płytach z Hermano… i o dziwo im to wychodzi. Raczej krótkie, przyjemne mocno melodyjne i wokalne, piosenki (chociaż zdarzały im się momenty, które brzmiały jak improwizacje). Zespół, który jest praktycznie nowy na scenie (EPkę Typhoon Trip wydali zdalnie w czasach pandemii w poprzednim roku, nakładem Piranha Music), a sprawiali wrażenie, jakby grali ze sobą od dawna. Szacuneczek.

Zdjęcie 3. Psyhoes.  © The Buried Herald Photography. 

I następny zespół. Surtarang. Duże zaskoczenie. Zespół z innego gatunku, oscylujący między ethno – folkiem i elektroniką, stawiający przede wszystkim na wciągnięcie słuchacza do swojego mistycznego świata. I faktycznie, cały ten koncert to był godzinny, przerywany tylko parę razy przez oklaski, muzyczny trans. Repetytywne tempa i dźwięki sitaru, bębnów (djembe), lekkiej elektroniki (podkłady, synthy), i mantrującego wokalu tworzyły bardzo ciekawy efekt. Mniej więcej wiedziałem, co grają. Ze Spotify czy nawet z występu live transmitowanego na YT na początku 2021 weszło mi tak średnio, nie mniej jednak na koncercie na żywo było świetnie. Czas jednak posłuchać więcej.

Zdjęcie 4. Surtarang.  © The Buried Herald Photography. 

No i przyszedł czas na gwiazdę piątkowego wieczoru – Moonstone. Zespół, który w moim mniemaniu w krótkim czasie staje się bardziej ikoniczny, względem klasyki gatunku. W czasach, gdy tacy Dopelordzi czy Belzebongi grają już prawdopodobnie więcej koncertów za zagranicą niż w Polsce, a z każdą płytą zaczynają jak dla mnie zjadać swój własny ogon (np. Sign Of The Devil), na scenie robi się miejsce dla nowych esencjonalnych zespołów. No i właśnie… wychodzi wówczas na scenę taki Moonstone i robi mi w głowie rozpierdol porównywalny do tego,  kiedy za pierwszym razem na koncercie usłyszałem Addicted to Black Magic czy Diabolical Dopenosis. I to w sposób zupełnie, płynny, niezauważalny, wręcz niekontrolowany. 

Potęga świetnych gitarowych riffów. Niesamowite bujanko sekcji rytmicznej. Nienachalny, lecz potrzebny i pasujący do tego typu muzyki wokal. Do tego długie, dynamiczne kompozycje. I grubo wykręcone brzmienie na koncertach. To wszystko, okraszone nutą przebojowości/melodyjności i transowości to dobry przepis na doom-stonerowy sukces. A na horyzoncie tli się już druga płyta. Jeden, 15-minutowy wałek z niej już grali. I był świetny.

Zdjęcie 5. Moonstone.  © The Buried Herald Photography. 

Dzień drugi. Sobota.

Następny ranek wypadało zacząć od śniadania i prysznica. W tym roku prysznice zaliczyły spory upgrade – był do nich dedykowany kontener, z paroma kabinami, umywalkami, a w rurach płynęła przyjemna, cieplutka woda. .Po doprowadzeniu się do stanu ponownego tankowania (czyt. około 12) na scenę wchodzi zespół Moontoy. Ładne, raczej powolne, (aczkolwiek czasem z przytupem), przyjemne, troszkę jam’owate, troszkę improwizacyjne granie. Trochę taki polski Colour Haze, trochę Samsara Blues Experiment, tylko bez wokalu. Ogólnie spoko, były fajne momenty, ale były momenty, że czegoś brakowało, jakiejś takiej, nie wiem, ikry. Czasami wokal takie momenty wypełnia (oczywiście jak jest ładnie podpasowany pod muzę, albo na tyle charakterystyczny, że nie pasuje, ale sam się broni). Mieli też trochę problemów technicznych, basiście pękła struna, ale na szczęście Jaca z Kapitana Bongo miał zamienną i tym sposobem uratował sytuację.

Zdjęcie 6. Moontoy i naprawa struny.  © The Buried Herald Photography. 

Następny byli Low Fen. Zespół Wojtka „Faveli” Kuczwalskiego, organizatora Mountain Jam Generator Party (swoją drogą, kolejny piękny stonerowy festiwal). I był to także instrumentalny występ, lecz inny niż Moontoy. Bardziej dynamiczny, bardziej „z rockowym pazurem” można powiedzieć. Na pewno dało się wyczuć tutaj ducha nieistniejącego już niestety Palm Desert (gdzie Wojtek również grał) i ogólnie inspirację desert rockiem. Czasami zdarzały się też momenty typu „ciężko i wolmo”, czyli to, co my, kamieniarze, lubimy najbardziej. Dobrze się ich słuchało się i oglądało. 

Zdjęcie 7. Low Fen.  © The Buried Herald Photography. 

No i trzeci z rzędu zespół instrumentalny. Na szczęście poustawiani zostali tak, że ciężkość i dynamika wrastała z kolejnym koncertem. I to była dobra decyzja. Tak więc Bantha Rider. Można powiedzieć, że grają adekwatnie do nazwy (zapożyczonej  z jak mawiał mój znajomy w pracy, Chińskich Bajek, czyli Gwiezdnych Wojen). W dużej mierze jest szybko, jak na Ridera przystało, ale jest i ciężko, bo i Banthy wyglądają na ciężkie stworzenia. A pomimo tego tempa, był tam też i kosmos i czas na wciągnięcie się. Przyznam szczerze, mało ich wcześniej słuchałem (muszę nadrobić), a koncert był świetny. Poza tym – mają superanckie koszulki (te piaskowe), po koncercie kupiłem niemal z miejsca.

Zdjęcie 8. Bantha Rider.  © The Buried Herald Photography. 

Krótka (hehe :P, półtoragodzinna) przerwa na piwo albo uskutecznionko (albo obydwa, jak kto woli) i potem gra kolejny niestonerowy zespół, który jednak całkiem sprytnie się wpasował w klimat (szczególnie ostatnim kawałkiem). Ale od początku. Izzy & The Black Trees. Zespół, który w pierwszych odsłuchach wygląda na to, jakby grali punk-rocka, na bluesowym, a w zasadzie dark-country brzmieniu, z lekko psychodelicznym zabarwieniem. To jeszcze są piosenki, ale niedaleko im do „jedynej słusznej drogi”. I dobrze. Tak też wypadają na koncertach, tam czuć, że ich muzyka żyje (no i to brzmienie, ale o tym już wspomniałem). Do tego dokłada się całkiem oryginalny i pasujący do muzyki wokal Izzy (Izabeli Rekowskiej). Jak ich wcześniej przesłuchiwałem studyjnie, było tak sobie, natomiast na Mountain Jamie zagrali jeden z najciekawszych koncertów. Potem byłem na nich jeszcze raz, na małym koncerciku przed Starym Maneżem, rzutem na taśmę przed Tides From Nebula na Flądrze. No i trzeci raz na Riffields. Raczej najlepszym z tych trzech. Wygrali ten koncert szczególnie ostatnim kawałkiem, który bardziej przypominał rasowe wyładowania skumulowanej,  kamieniarskiej energii jednakowo miarowym tempem jak np. Why Bother?, Rainbows Are Free czy koncertowo Kikagaku Moyo. Choć do ich kunsztu artystycznego Izzym jeszcze dość dużo brakuje, ale chodzi o podobny ton ekspresji.

Zdjęcie 9. Izzy & The Black Trees.  © The Buried Herald Photography. 

No, była już rozgrzewka, była przerwa, był support, teraz (wreszcie) czas na MIĘSO.

Pierwszy headliner drugiego dnia imprezy, specjalnie reaktywowany Kapitan Bongo wraz z premierowym wykonaniem utworów z nowej płyty, którą wydali 2 lata temu… a potem się zmyli ze sceny. Ale wracają. I to w jakim stylu! I choć po cichu liczyłem na więcej utworów z Odmętu, a już szczególnie na utwór tytułowy (z resztą nie tylko ja, prawie przez cały koncert publika skandowała „Nie mam pieniędzy, ani krzty rozumu”, to chociaż dane mi było usłyszeć Klątwę Mamuta i Bezdech. Natomiast z innych płyt – Skibi, Świątynia, Arizona czy Knur (nawet dwa razy, bo w czasie pierwszego „poszła faza”. Na szczęście usterka techniczna zasilania została szybko naprawiona, a Kapitani napierdalali dalej. Bardzo umiejętnie przenosili siebie i publikę pomiędzy walcowaniem powierzchni mózgowych słuchaczy a wpuszczaniem ich w psychodeliczny trans, a jeszcze w międzyczasie znaleźli czas na uskutecznienia wiadomo czego. Zresztą, na tym koncercie to chodziło nawet w publiczności. I to w bardzo dużej i bardzo dobrej jakości. Cóż tu więcej pisać… Chyba lepiej zanurzyć się
W CIENISTĄ TOŃ, NA SAMO DNO!

Zdjęcie 10. Kapitan Bongo.  © The Buried Herald Photography. 

Z racji emocjonalnego przywiązania do zespołu, Cebula wbija ze swoją mini relacją z występu KB.

Kapitan Bongo. Mój pierwszy stonerowy zespół doświadczony na żywo. Pierwsze roślinne rytuały. Same dobre wspomnienia.

Ogłoszenie lądowania załogi KB-420 na Polach Riffu było powodem, opóźnionej ucieczki na studia. Jadąc na festiwal, miałem trzy misje: zobaczyć ich na żywo, zdobyć koszulkę KB i skopcić wspólnie co trzeba. Wszystkie zakończyłem powodzeniem. Panowie zagrali ostatni koncert w 2018 przy okazji wydania Odmętu. Więc zobaczenie ich po takiej przerwie było nie do przeoczenia. Ekipa zagrała repertuar, dobierając utwór z każdej ze swoich płyt, zaspokajając tym samym chyba cały przekrój fanów. Otworzyli Arizoną z debiutu. Fajne ziomeczkowe bansy do potańczenia i pośpiewania. Tuż przed Świątynią uprawiane były wspólne rytuały na i pod sceną. Basik na delayu i powolnie snute opowieści przez Jace zabrały mnie ze sobą na wędrówkę, po pustyni razem z Karawaną. Oj jak, dobrze to usłyszeć znów na żywo. To jak SKIBI zabrzmiał w takim środowisku, to był kolejny poziom. Jest jednak coś w tych wszystkich stonerowych kawałkach o kosmosie, zwłaszcza gdy możesz się w niego wpatrywać, słuchając ich na żywo. Miód i cierpienie zarazem, piękno niezbadanego świata. Wałeczki z ostatniej płyty również fajosko wchodziły, a i tłum śpiewał teksty (zwłaszcza przy Klątwie Mamuta). Generalnie na całym koncercie poczułem się jak w domu, częścią czegoś większego, jakiejś społeczności. Takie miłe ziomeczkowe uczucie.

Na bis zagrali Knura po raz drugi i można było iść do namiotu po browar. Po owacjach, uświadamiając sobie, że straciłem głos drąc mordę przez większość koncertu, szybko zwinąłem set listę Jacy i uciekłem. Odchodząc, widziałem jakichś dwóch typa, co rzucili się na siebie po set liście Bizona. Trochę dziko, jednak trochę rozumiem. Dowodzi to tylko tego, jak blisko serc ludzi na polskiej scenie jest warszawska załoga KB-420. Całościowo, jak na niegranie ze sobą od dwóch i pół roku, to panowie stanęli na wysokości zadania. Wiadomo, nie było to wszystko idealnie osadzone i sunące, ale było po ziomeczkowemu i o to chodzi. Przypomniało, po co to wszystko tak naprawdę robimy.

our trust is in piwerko, weed and Black Sabbath

I tutaj chciałbym podziękować serdecznie Jędrasowi z Red Scalpów, za bycie pomysłodawcą przedsięwzięcia, Wojtasowi z Smokes Of Krakatau, za jego realizację i załodze KB za spełnianie marzeń.

Pozdro, elo

Cebula

Zdjęcie 11. Setlistla Kapitana Bongo na RFFF 2021

I wydawałoby się, że Kapitan Bongo pozamiatał i nie mogłoby być już lepiej tego dnia. Nic bardziej mylnego. Otóż po ciut dłuższej przerwie, większej ilości prób i zmian dźwięku wchodzi Taraban ze swoim dźwiękowcem, Adamem Gajewskim z Soulstone Gathering. I po raz kolejny festiwal pozytywnie zaskoczył, po raz kolejny podniósł poprzeczkę wyżej. Panowie, czapki z głów, jeśli ktoś nosi. Brzmienie gitary, basu, feeling, energia, gra perkusji, wokal i ta narastająca konstrukcja utworów, wszystko to brzmiało jak potężna, wyprzedająca stadiony lub wielkie festiwale koncertowa machina. Bez wątpliwości – jako headliner. Taki z prawdziwego zdarzenia, starej klasy rocka. Tak było, nie zmyślam. Niesamowity progres względem poprzednich koncertów. Pamiętam moje 2 koncerty Tarabanu w 2018 r. (w Malborku przed Sautrusem i w Katowicach na Stoner Doom Feście v7). Było fajnie, już wtedy ich lubiłem, ale wówczas mieli tylko retro-bluesującą EPkę, Valkyrie Eleison i najlepszym kawałkiem na niej był Devil’s Little Number, który notabene, niespodziewanie na koniec pojawił się także na Rifffields Reszta utworów z set listy to utwory z debiutanckiej płyty How The East Was Lost. Myślę, że długo będę pamiętał ten koncert. Tego nie da się opisać. To trzeba przeżyć. Panowie roztarabanili festiwal.

Zdjęcie 12. Taraban.  © The Buried Herald Photography. 

Niedziela. Dzień trzeci – nowość.

W poprzednim roku w niedzielę można było jedynie pożegnać się z ludźmi i pojechać do domu, a w tym roku doszła nowość. Parogodzinne jam session dla chętnych muzyków początkowo/w zamyśle twórców z zespołów, a potem i tak wymieszali się z publiką. Jak to jamy – różne przybierały formy, brzmienia i konfiguracje personalne (w pewnym momencie grała supergrupa z członków The Howling Eye, Moonstone, Smokes of Krakatau), czasem ktoś śpiewał o kotkach podkradających uskutecznianko (miau!), a czasem riffy wchodziły trochę głębiej. Prawie cały czas też przygrywało djembe. Ogólnie – ciekawa inicjatywa. Fajnie też, że odbywało się to w dzień – przyjemnie było posłuchać, a nie chciało się wówczas tak pędzić do domu, jeszcze coś się działo. W porównaniu do jamów na Mountain Jam, które odbywają się tuż po koncertach, człowiek wtedy bardzo późnym wieczorem mało co z nich pamięta. A tutaj było zupełnie inaczej. Bardzo dobry pomysł.

C:\IMPORTANT\MUSIC\SEKCJA_STONERU_PL\15_Relacja_z_Riffields_2021\riffields21\Kamil\241721627_4327038180712845_5874178117237264494_n.jpg

Zdjęcie 13. Jam session: supergrupa zawierająca członków zespołów (od lewej) The Shitstorms: Kapitan Bongo, TET
© The Buried Herald Photography. 

Czy to już koniec?

To już prawie koniec, ale wypadałoby jeszcze wspomnieć o reszcie ficzerów całego festiwalu. O super widokach wspominałem wcześniej, o prysznicach (ciepłych!) także. Nie wspominałem o tym, że, także wzorem pierwszej edycji po koncertach na rzutniku puszczane były filmy (w piątek From Beyond i w sobotę Raw Force), które też swoją drogą „robiły robotę”, i oglądało się je ciekawie, chociaż w sobotni wieczór zimno przeszkadzało go oglądać. Ale to już nie jest wina festiwalu. Nie wspomniałem jeszcze o strefie gastro, która również była świetna. Wzorem poprzedniego roku, mieliśmy pyszne ciasta (mój faworyt z tego roku to „miodowe”), dobra szama gotowana na mobilnej kuchni militarnej, czy kraftowe piwa z Rock Browaru Jarocin (bardzo dobry porter, chociaż ciut za drogi). No i jeszcze jeden ficzer. Ognisko. Szczególnie w nocy, robiło swojski, rodzinny klimat, zachęcający do rozmów z pięknymi ludźmi na tym festiwalu i wychillowania się po całym dniu wiadomo-czego.

Zdjęcie 14. Riffields 2021.  © The Buried Herald Photography. 

Nie zapominajmy też o dodatkowym/głównym (niepotrzebne skreślić) celu tej imprezy. Pomaganie chorym zwierzętom. Tym razem licytacja poszła dla fundacji Ja paczę sercem – a licytowane fanty (płyty cd, vinyle i kasety) pochodziły od wytwórni Galactic Smokehouse i Interstellar Smoke Records, celem wsparcia ślepych kotków (tak nawiasem mówiąc, Byron – świetny stand-up, miau!).

No, także ten, odjechaliśmy, wróciliśmy do rzeczywistości i czekamy do następnego roku. Na koniec, ostatni taki ładny, nostalgiczny obrazek, z zachodem słońca i wiatrakami w tle, z secret spotu. Miau.

Zdjęcie 15. Riffields 2021.  © Krzysztof Exis. 

Wersja TL;DR:

0. (poza rankingiem) TARABAN, klimat imprezy, miejscówka, pomysł i nadal, niezaprzeczalnie, CIASTA.

1. Kapitan Bongo

2. Moonstone

3. Surtarang

4. Bantha Rider 

5. Izzy & Black Trees

6. Reszta.

O autorze

Krzysztof Exis

Krzysztof Exis

Zwykły chłopak z Pomorza, który od problemów na studiach uciekał często w stoner, potem coraz częściej stoner, a potem został już sam stoner. A potem coraz częściej pagan folk... Muza musi wciągać. Albo bujać. Albo mieć klimat. Albo mieć fajowski wokal. Albo (najlepiej) wszystko naraz.